Torin’s Passage – recenzja

Jeśli zapytamy przeciętnego gracza, kim jest Al Lowe, ten bez wahania odpowie: twórcą serii Leisure Suit Larry. Nasz gracz będzie miał rację – cykl o przygodach Larry’ego Laffera to prawdziwe magnum opus Ala. Niewielu graczy jednak wie, że pracując dla Sierry, Lowe tworzył nie tylko rubaszne komedie dla dorosłych, ale także gry dla dzieci. W latach 80. Sierra miała podpisany kontrakt z Disneyem na adaptacje gier opartych o popularne kreskówki, a Al był ich twórcą, programistą i kompozytorem. Dopiero gdy kontrakt z Disneyem wygasł, Al rozpoczął taśmową produkcję gier o przygodach pikselowego erotomana. W roku 1993 Lowe wydał już pięć części przygód Larry’ego oraz remake pierwszej odsłony. Nieco znudzony monotonią tworzenia gier dla dorosłych postanowił napisać grę rodzinną, w którą mógłby grać ze swoją 11-letnią córką.

Zły czarnoksiężnik morduje rodzinę królewską. Z masakry zostaje ocalony jedynie niemowlak. Torin trafia do rodziny zastępczej, w której dorasta nieświadomy swojego pochodzenia. Przyszłość jednak nie daje o sobie zapomnieć, gdyż po upływie dwóch dekad od tragicznych wydarzeń, przybrani rodzice Torina zostają porwani. Jedynym świadkiem zdarzenia jest tajemniczy zakapturzony człowiek, który twierdzi, że porwała ich wiedźma z odległego królestwa.

Fabuła Torin’s Passage jak widać, nie jest specjalnie oryginalna. Potomek ważnego rodu ocalały z masakry i ukrywający się u zwykłych ludzi to początek niemal każdej baśni w historii. Twórca zdawał sobie sprawę z prostoty głównego wątku, więc postanowił to nadrobić, tworząc niezwykle oryginalny i rozbudowany świat. Będąca miejscem akcji planeta Strata, składa się z pięciu zagnieżdżonych w sobie niczym rosyjskie matrioszki światów. Każdy z kolejnych światów rządzi się swoimi prawami i jest zamieszkiwany przez dziwne istoty. Główny cel to dostanie się do położonego najniżej świata i skonfrontowanie z porywaczem.

W przeciwieństwie do poprzednich gier Sierry sterowanie jest bardzo uproszczone. Kursor jest „inteligentny”, co oznacza, że po najechaniu na interaktywny obiekt o wyborze akcji zdecyduje sama gra. To samo dotyczy używania przedmiotów. Są one reprezentowane w postaci niewielkich ikonek. Aby użyć danego przedmiotu, wystarczy go złapać i przeciągnąć po ekranie niczym ikonkę w Windowsie. Prościej już się nie da. Niewielki problem sprawia tempo poruszania się Torina, który chodzi, jakby otaczające go powietrze było gęstą smołą. Przejście nawet jednego ekranu zajmuje sporo czasu.

torins passage gra

Zagadki budzą mieszane uczucia. Niektóre są inteligentne i wyważone, a inne dziwaczne i nielogiczne. Część tych problematycznych spowodowana jest oryginalnością świata gry. Obowiązuje w nim logika łącząca ze sobą klimaty baśniowe z szaloną stylistyką kreskówek z wczesnych lat 90. Trochę jakbyśmy wymieszali King’s Quest z Looney Tunes. Łamigłówki przez to są abstrakcyjne lub bardzo trudne. Docelowo miała to być gra dla młodszych graczy, jednak w praktyce nawet dorosłemu ciężko będzie rozwikłać niektóre z nich. Większość graczy wpadnie na rozwiązanie metodą klikania wszystkiego na wszystkim, a nie dzięki wysiłkowi intelektualnemu. Podobnie jak w wielu innych produkcjach Sierry, w Torin’s Passage można zginąć. Gra jednak jest dosyć wyrozumiała, gdyż po scenie śmierci zostaniemy cofnięci do momentu przed wykonaniem feralnej akcji i możemy naprawić swój błąd. W grze nie ma też możliwości zapędzenia się przysłowiowy kozi róg.

  Pan Samochodzik i Fantomas - krótka recenzja i ciekawostki

Jedną z najbardziej wyróżniających cech Torin’s Passage, na tle innych przygodówek z tamtego okresu, jest piękna ręcznie rysowana grafika przypominająca animacje Disneya. Na niemal każdej planszy pojawiają się aminowane postacie i obiekty, a spora część konwersacji uruchamia filmiki przerywnikowe. Sierra w tym samym okresie eksperymentowała z ręcznie rysowaną grafiką w wyniku czego powstały gry takie jak Larry 7: Miłość na fali, czy King’s Quest 7. Z tych ręcznie rysowanych gier Torin’s Passage jest najładniejszy.

recenzja torins passage

Niestety pod względem humoru Torin’s Passage nie trzyma tego samego poziomu co inne gry Ala Lowe. Żarty składają się głównie z gierek słownych, slapsticku i subtelnych podtekstów dla dorosłych. Gra może rozbawić, jednak humor ten nie trafi do każdego. Przykład gagu z gry: odwiedzamy rodzinę, która mieszka w domu wyglądającym jak plan serialu komediowego z lat 60. W ich chatce wszystko jest czarno-białe, a każda wypowiedź wywołuje salwy śmiechu publiczności. Od mieszkańców musimy wyciągnąć pewne informacje, a po każdym nawet najkrótszym zdaniu rozlega się gromki śmiech. Żart ciągnie się przez kilkanaście minut. Jednych takie coś może rozbawić, jednak wielu graczy może też zwyczajnie zirytować.

Sporą wadą gry jest zakończenie. Historia zostaje urwana nagle i wiele z wątków nie zostaje wyjaśnionych. Docelowo Al Lowe planował wydanie pięciu odsłon gry, jednak plany te się nie ziściły. Sierra została sprzedana, a nowy właściciel szybko zamknął wszystkie kosztowne projekty, przekreślając szanse na kontynuacje. Gra nigdy też nie doczekała się kultu jak inne produkcje Sierry, co minimalizuje szanse na to, że ktoś kiedyś postanowi reanimować markę.

Czy warto dać szansę Torin’s Passage? Jeśli lubicie stare gry przygodowe, możecie po nią sięgnąć, jednak nie spodziewajcie się poziomu gier o przygodach Larry’ego czy King’s Quest. Torin’s Passage to gra, robiąca wrażenie wykonaniem (jak na swoje lata), jednak nie scenariuszem albo dowcipami.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *