Entuzjasta Gier

Gry, filmy, seriale, ciekawostki

Chłopaki nie płaczą – recenzja gry

Chłopaki nie płaczą gra

Mimo sporego sukcesu kultowa komedia Olafa Lubaszenki nigdy nie doczekała się kontynuacji. W sumie nic dziwnego, bo fabuła filmu została przecież zamknięta. Główny bohater, Kuba Brenner wyjechał, Fred został zabity przez Gruchę, ten drugi trafił do więzienia, a Bolec porzucił gangsterkę. Nie ma tu za bardzo miejsca na sequel. Mimo wszystko karkołomnego zadania pojął się warszawski deweloper L’art, znany wcześniej z produkcji gier o skokach narciarskich. Czy fabuła lekkiej komedii gangsterskiej sprawdzi się w formie przygodówki?

Akcja gry zaczyna się zaraz po zakończeniu wydarzeń z filmu. Grucha zastrzelił Freda i jest w drodze do więzienia. Tymczasem Fred jak gdyby nigdy nic wychodzi ze swojego grobu. Okazuje się, że został ożywiony przez tajemniczego Faceta z brodą, który podaje się za wysłannika Boga. Wszechmogący nie mógł uwierzyć, że stworzył aż takiego nieudacznika i bluźniercę jak Fred, więc postanowił dać mu drugą szansę na odkupienie swoich grzechów. Aby tego dokonać, Fred musi spełnić kilka dobrych uczynków. W wypełnieniu misji ma mu pomóc Grucha.

Gra to klasyczny przedstawiciel przygodówek point and click. Lewy klawisz myszy to interakcja, a prawym zmieniamy ikonkę wykonywanej akcji: obejrzenie obiektu, użycie przedmiotu, rozmowa lub przemieszczanie się. Dodatkowo do dyspozycji mamy inwentarz posiadanych przedmiotów oraz mapę do szybkiego przemieszczania. Całość jest wyjątkowo intuicyjna i wygodna.

Występujące w grze zagadki są na zmianę absurdalne lub realistyczne – z przewagą tych pierwszych. Aby opatrzyć ofiarę wypadku, musimy użyć apteczki, jednak, aby przedziurawić wieczko od słoika, musimy się udać do kaprala z lubością demonstrującego sztuczkę z nożem. Większość z zagadek niezależnie od stopnia absurdalności ma jakieś uzasadnienie w świecie gry. Autorzy zadbali, także, aby zagadki były obwarowane solidnymi podpowiedziami. Czasami jest tego nawet za dużo. Gdy spotykamy pijaka na kacu, który narzeka, że nie może zebrać myśli, a my akurat mamy w ekwipunku kawę, od razu wiemy, co należy zrobić, a mimo to jesteśmy raczeni dosyć długą rozmową mającą nas naprowadzić na właściwy trop.

  Dungeon Siege: W imię króla - recenzja | Adaptacje gier komputerowych

Grafika łączy ze sobą dwa style. Postacie są animowane jak w tradycyjnej kreskówce, a tła, po których się poruszają, wyglądają jakby ręcznie rysowane plansze, ktoś przepuścił przez artystyczny filtr Photoshopa. Stylistyka sprawia, że interaktywne obiekty czasami są zbyt mocno wtopione w tło. Bardzo słabo wypada animacja. Zachowanie ekranowych postaci nie jest zsynchronizowane z aktorstwem głosowym. Gdy Cezary Pazura spokojnym tonem coś komentuje, a jego postać dostaje gwałtownego wytrzeszczu i zaczyna gibać się jak… wygląda to dziwnie i nienaturalnie. Nie wspominając nawet o tym, że niejednokrotnie postać na ekranie rusza ustami, już po zakończeniu dialogu.

Chłopaki nie płaczą gra

Największym atutem gry jest oryginalna obsada głosowa. Do swoich kultowych ról wrócili zarówno Cezary Pazura jak i Mirosław Zbrojewicz. W obsadzie pojawia się także Mirosław Baka, jednak wciela się w inną postać niż w filmie. Towarzyszy im cała plejada profesjonalnych aktorów głosowych. Obsada nie zawodzi i ciężko się do czegokolwiek przyczepić. Niestety materiał, na jakim utalentowani aktorzy muszą pracować, jest przeciętny. Czasami trafiają się perełki takie jak monolog Freda o Polsce jako kraju debili, jednak dużo dialogów to zwykłe suchary.

Wielką wadą gry jest scenariusz, a w zasadzie jego brak. Fabuła jest zlepkiem różnego rodzaju humorystycznych scenek z typowymi dla przygodówek misjami FedEx. Przykładowo pierwsze pół godziny rozgrywki bohaterowie chodzą po mieście, aby wyświadczyć przysługę dziadkowi parkingowemu, aby ten zgodził się na zaparkowanie przez nich auta. Na dodatek te zlepiane do siebie sceny same w sobie też są niespecjalnie ciekawe. Tu muszą rozpędzić grupę dzieciaków sprzed sklepu, tam postraszyć dilera. Na koniec autorzy próbują sobie z wszystkiego zażartować, oznajmiając nam, żebyśmy sami sobie wymyślili morał. Trochę szkoda, że twórcy chwalą się „pięciuset stronicowym maszynopisem”, ale nie chciało im się tego maszynopisu wypełnić czymś konkretnym.

  Pan Samochodzik i Templariusze - recenzja książki i serialu

Niestety przyszła pora na błędy i niedociągnięcia, a tych jest całkiem sporo. Przemieszczanie się potrafi wytrącić z równowagi, gdyż ikonka tupiących nóżek aktywuje się jedynie pewnych bardzo określonych miejscach, co oznacza uciążliwe „polowanie na piksele”. Na dodatek nie można w żaden sposób przewijać ekranu. Oznacza to, że musimy znaleźć niewielką ścieżkę, poczekać jak postać dojdzie do krawędzi ekranu i następnie przesuwać ją kawałek po kawałku. Takich momentów nie ma zbyt wiele, ale i tak potrafią nieźle wkurzyć. Gra nie posiada żadnych opcji graficznych, oprócz ustawień napisów. Występują miejsca, w których trzeba się przedzierać przez kilka plansz bez pomocy mapy. Staje się to uciążliwe szczególnie w ostatnim akcie. Gra raz bez żadnego powodu się zacięła, jednak ciężko powiedzieć czy to bug w grze, czy problem z kompatybilnością w nowym systemie. Ostatnią wadą jest brak cyfrowej dystrybucji (chyba że zaliczamy do niej torrenty). Jedyną legalną opcją jest nabycie jej z internetowej aukcji.

Jak podsumować taką grę? No cóż, do głowy przychodzi tylko jedno słowo – spóźniona. Gdyby produkcja ukazała się w latach 90., dziś byłaby uważana za klasyk. Niestety w 2005 wyszły gry takie jak Resident Evil 4, Shadow of the Collosus czy Spliner Cell: Chaos Theory więc prosta dwuwymiarowa przygodówka na nikim nie mogła zrobić wrażenia. Nie pomógł nawet talent Pazury i Zbrojewicza. Tak naprawdę tylko powiązania z kultowym filmem ocaliły produkcję przed całkowitym zapomnieniem. Wielka szkoda.

Larry 7: Miłość na fali – recenzja