Moons of madness – recenzja

Kosmiczny horror to temat rzeka. Gier tego typu jest mnóstwo – od pełnych akcji Doom i Dead Space, aż do szarpiące nerwy System Shock i Alien Isloation. Teraz w to liczne grono próbuje wepchnąć się kolejny tytuł – inspirowany twórczością H.P. Lovecrafta Moons of Madness.

Główną postacią jest Shane Newehart – inżynier pracujący w marsjańskiej bazie naukowej. Praca Shane’a jest monotonna i polega głównie na podróżowaniu pomiędzy różnymi lokacjami oraz naprawie i konserwacji elektronicznych urządzeń. Codzienna nuda zostaje przerwana, gdy Shane odkrywa, że jego koledzy prowadzą niebezpieczne eksperymenty, których efekty zagrażają życiu wszystkich mieszkańców stacji.

Akcja Moons of Madness dzieje się w perspektywie pierwszoosobowej. Przez większosć gry eksplorujemy marsjańską bazę i rozwiązujemy coraz bardziej skomplikowane łamigłówki. Czasami jest to proste przeniesienie przedmiotu z punktu „A” do punktu „B”, a czasami bardziej rozbudowane zagadki, jak ustawienie anten satelitarnych przy użyciu odpowiednich koordynatów. Stopnień trudnosci zagadek nie jest wysoki – wiekszość z nich można rozwiązać po kilku minutach kombinowania.

Niestety nie wszystkie czynności, jakie wykonujemy w grze są interesujące. Księżyce szaleństwa próbują wprowadzić element realizmu, zmuszając nas do doświadczenia tego, co robią prawdziwi astronauci. Gdy wchodzimy do bazy, musimy zamknąć za sobą drzwi, uruchomić podmianę atmosfery w śluzie, zdjąć i odstawić na półkę hełm i dopiero możemy otworzyć drzwi wewnętrzne. Początkowo, tego typu czynności są ciekawe, jednak w późniejszym czasie robią się monotonne. Nawet tak trywialna czynność, jak podniesienie przedmiotu została niepotrzebnie rozbudowana. Nie wystarczy po prostu kliknąć przedmiot – trzeba go dokładnie obejrzeć i znaleźć miejsce, w którym wyświetli się ikonka rączki. Takie sztuczne komplikowanie prostych czynności jest niepotrzebne. Jest to w końcu gra komputerowa i wiadomo, że jeśli jakiś przedmiot da się zabrać, to go zabieramy.

  The Thing - recenzja gry z 2002 roku

W grze nie ma prawie żadnych scen akcji. Jeśli na naszej drodze staje potwór, jedyne co możemy zrobić, to uciekać. Sekwencje te są zwykłymi skryptami, co oznacza, że drogi ucieczki możemy się wyuczyć na pamięć, gdyż potwór zawsze będzie podążał tą samą drogą. Bardzo rzadko trafiają się także sekwencje QTE, jednak są one niezwykle proste. Atmosfera gry jest niepokojąca i powinna zadowolić każdego miłośnika komputerowych horrorów. Stacja jest bardzo ponurym miejscem, a głównego bohatera męczą niepokojące wizje pełne dziwacznych potworów. Niestety scenariusz nie idzie w parze z klimatem. Gra rozpoczyna kilka równoległych wątków, które odkrywamy poprzez czytanie notatek i e-maili. Dowiadujemy się z nich o knowaniach złej korporacji, nielegalnych eksperymentach i dramacie rodzinnym Shane’a, a wszystko jest skąpane w mitologii Cthulhu. Problem tylko w tym, że żaden z tych wątków nie jest dostatecznie rozwinięty i satysfakcjonująco zakończony.

Moons Of Madness

Gra najgorzej wypada od strony technicznej. Na stosunkowo słabej karcie 2060 RTX Moons of Madness chodzi bardzo płynnie, aczkolwiek zdarzają się drobne zacięcia podczas zapisywania checkpointów (nie zawsze). O wiele gorzej wypada wersja gry na PlayStation 4. Grafika wygląda bardzo ładnie, jednak płynność gry woła o pomstę do nieba. Nawet zwykle rozglądanie się na boki powoduje czkawkę konsoli i ciężko powiedzieć, dlaczego, bo przecież gry zrobione na Unreal engine nie mają takich problemów. W chwili zamykania tego tekstu żaden patch poprawiający wydajność się nie ukazał.

Mimo kilku problemów technicznych i małych scenariuszowych niedoróbek, Moons of Madness to całkiem dobry horror z elementami science fiction. Grafika jest bardzo dobra, łamigłówki dają do myślenia, a klimat po prostu świetny. Jeśli lubicie kosmiczne horrory w stylu SOMA, to MoM, jest grą idealną dla was.

Gry oparte o twórczość H. P. Lovecrafta

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *