Entuzjasta Gier

Gry, filmy, seriale, ciekawostki

Tormented souls – recenzja

Sukces zawsze znajduje naśladowców. Nie inaczej było z grą Resident Evil. Wydany w 1996 survival horror nie tylko zapoczątkował trwającą do dziś serię, ale i spowodował prawdziwy wysyp podobnych gier. Jak to z podróbkami bywa, pojawiały się produkcje bardzo dobre jak i całkowite gnioty. Do tej pierwszej kategorii można dopisać grę zatytułowaną Tormented Souls. Jest to prawdopodobnie najwierniejsza i najlepsza próba odtworzenia klimatu opuszczonej posiadłości w Raccoon City.

W Tormented Souls wcielamy się młodą kobietę o imieniu Caroline Walker. Pewnego dnia bohaterka otrzymuje tajemniczy list ze zdjęciem sióstr-bliźniaczek. List wywołuje u niej dziwną reakcję. Ponieważ został nadany z opuszczonego szpitala Winterlake, Caroline udaje się tam, aby sprawdzić kto i w jakim celu go wysłał. Śledztwo nie idzie po jej myśli. Chwilę po przybyciu zostaje ogłuszona. Po kilku godzinach budzi się naga w wannie. Sprawca wyłupił jej oko i podłączył do aparatury intubacyjnej. Mimo traumy spowodowanej napaścią i okaleczeniem bohaterka nie ma zamiaru się poddać i wyrusza w głąb posiadłości, aby schwytać sprawcę i znaleźć nadawcę listu.

Podczas grania w Tormented Souls miłośnicy survival horrorów przeżyją prawdziwe deja vu. Niemal każdy element pojawił się już w jakiejś innej grze z tego gatunku. Najwięcej motywów twórcy pożyczyli sobie oczywiście z serii Resident Evil. Z opanowaną przez zombie posiadłością kojarzy się niemal wszystko: rzut kamery, sterowanie, zagadki, posiadłość opanowana przez potwory, tajemnicze eksperymenty i muzyka. Ba! Nawet początkowa plansza z napisem „This game contains scenes of explicit violence and gore” wydaje się żywcem przeniesiona ze słynnej serii Capcomu. Innym tytułem, na którym twórcy bez wątpienia się wzorowali, jest Silent Hill. Z kultowej serii twórcy pożyczyli sobie wygląd zdeformowanych przeciwników, bieganie w ciemnościach z latarką, oraz szkielet fabularny. Gier, którymi inspirowali się twórcy Tormented Souls jest więcej, jednak gdybyśmy mieli wymieniać tutaj wszystkie, powstałby długi referat. Gra ma znikomą ilość oryginalnych pomysłów, jednak mimo wszystko tytuł się broni, gdyż nie jest bezczelnym plagiatem, tylko listem miłosnym do miłośników staroszkolnych survival horrorów.

  Dark od Netflixa - Wyjaśnienie fabuły

Tormented souls this game contains explicit

Najsłabszym elementem gry jest fabuła. Historia jest banalna i przewidywalna. Jaka była pierwsza rzecz, która przyszła wam do głowy po przeczytaniu o zdjęciu bliźniaczek i dziwnej reakcji głównej bohaterki? Tak, to, o czym pomyśleliście, jest jednym z fabularnych twistów. Innym jest to, że podczas gry spotykamy podejrzanie zachowującą się osobę, która później okazuje się głównym złoczyńcą. No ciężko kogoś zaskoczyć z takim podejściem. Trochę szkoda, że twórcy nie przyłożyli się bardziej do tego elementu. Co z tego, że w fabule kryją się zwroty akcji, skoro są one oczywiste od samego początku?

Innym elementem, który został potraktowany po macoszemu, jest aktorstwo głosowe. Każde zdanie kończy się pauzą, po której musimy wcisnąć przycisk, aby postać wypowiedziała kolejne. W praktyce zamiast płynnego dialogu tworzy to szereg oderwanych od siebie wypowiedzi. Nie pomagają też aktorzy głosowi, którzy recytują swoje linie dialogowe, jakby wygłaszali odczyt przed audytorium pełnym ludzi – głośno i wyraźnie, jednak bez większych emocji. Ciężko powiedzieć, czy to celowe nawiązanie do jakości dubbingu pierwszych odsłon Resident Evil, czy akotrzy po prostu nie potrafili zrobić tego lepiej.

Elementem, który zdecydowanie przerasta pierwsze Residenty jest poziom trudności zagadek. Są one w większości trudne, lub bardzo trudne i jest ich niezwykle dużo. To już nie jest: znalazłem klucz z symbolem serca, który muszę użyć na drzwiach z symbolem serca. Gdy zdobywamy składający się z kilku części klucz, okazuje się, że można go formować w dziesiątki kształtów, manipulując w odpowiedni sposób umieszczonymi na nim symbolami. Do każdych drzwi potrzebna jest więc odpowiednia kombinacja, którą trzeba jeszcze dodatkowo rozszyfrować. Jak widać, nie jest łatwo, jednak mimo wysokiego stopnia trudności, zagadki zawsze mają jakieś uzasadnienie, a ich rozwiązanie daje dużo satysfakcji. Podpowiedzi są poukrywane w notatkach, dialogach, a nawet oglądanych custscenkach.

  Observer - recenzja

System walki jest bardzo satysfakcjonujący. Jak to w survival horrorach bywa, najważniejsze jest oszczędne dysponowanie amunicją. Strzelając do każdego napotkanego przeciwnika (celnie), w teorii powinniśmy wyjść na zero. W praktyce jednak musielibyśmy znać każde miejsce, gdzie amunicja została ukryta. Pozostaje więc ostrożne racjonowanie. Każde pomieszczenie zmienia się w łamigłówkę – jak zabić największą ilość wrogów, najmniejszym kosztem amunicji? Może uciec w ten wąski korytarz, zwabiając za sobą dwójkę przeciwników i strzelić do nich z shotguna zabijając obu jednym strzałem? A może zwabić przeciwnika na koniec pomieszczenia, gdzie znajduje się pułapka z rytmicznie opadającym mieczem?

Tormented souls

Grafika jest dobra, jeśli potraktujemy ją w kategoriach gry indie, a nie wielkiego tytułu AAA. Nie można jej porównać do żadnej wielkiej produkcji, gdyż to nie ta liga, jednak w kategorii survival horror, jest to bez wątpienia jeden z najładniejszych tytułów. Przypomina nieco remake Resident Evil 1 w HD – ta sama kolorystyka i wystrój wnętrz, jednak tutaj wszystko w pełnym 3d. Duże wrażenie robi szczegółowość pomieszczeń. Każdy pokój jest pełen różnego rodzaju drobiazgów, które zdradzają nieco na temat wydarzeń które miały w nim miejsce. Obłędnie wygląda także oświetlenie. Generowane w czasie rzeczywistym cienie w genialny sposób budują klimat gotyckiego horroru.

Jeśli lubicie klimat staroszkolnych survival horrorów, Tormented Souls jest grą w sam raz dla was. Znaleźć w nim można wszystko, za co gracze kochają lub nienawidzą tamte gry: staroświecka mechanika, przerażające potwory, zagadki, ponura posiadłość i odkrywanie sekretów przeszłości. Jest to jeden z najlepszych, jeśli nie najlepszy klon gier z serii Resident Evil i Silent Hill.

Song of Horror – recenzja