Entuzjasta Gier

Gry, filmy, seriale, ciekawostki

Song of Horror – recenzja

Jeśli zapytamy jakiegoś gracza o dobry komputerowy horror, istnieje spora szansa, że w odpowiedzi usłyszymy „Silent Hill” lub „Resident Evil”. Nic w tym dziwnego. Od ponad 20 lat obie marki stanowią prawdziwy wzór do naśladowania. Pokochali je zarówno gracze jak i krytycy. Na fali sukcesu obu franczyz powstały dziesiątki gier usiłujących uchwycić ich niepowtarzalny klimat. Trafiają się wśród nich produkcje całkiem udane jak i gnioty, o których zapominamy pięć minut po wyłączeniu gry. Do tego licznego grona w 2019 roku dołączyła gra zatytułowana Song of horror. Gra, która w założeniach próbuje łączyć najlepsze elementy obu serii. Czy twórcom się to udało?

Daniel Noyer pracuje dla domu wydawniczego Wake publishing. Praca nie jest szczytem jego marzeń, jednak pozwala byłemu alkoholikowi związać koniec z końcem i wrócić do normalności po latach staczania się na dno. W piątkowy wieczór Daniel dostaje telefon z wydawnictwa. Okazuje się, że najbardziej poczytny autor zaginął. Nie odbiera telefonu i nie pojawił się w pracy. Problem w tym, że wydawnictwo czeka na rękopis jego najnowszej książki, dotyczącej tajemniczej melodii doprowadzającej ludzi do szaleństwa. Daniel wyrusza do posiadłości pisarza. Na miejscu zastaje pusty dom i słyszy dochodzące z piwnicy dziwne dźwięki. Mijają trzy dni. Zarówno autor jak i Daniel nie wciąż nie dają znaku życia. Na ich poszukiwania wyruszają kolejni ludzie.

Jedną z unikalnych cech Song of Horror jest ilość dostępnych bohaterów. Zaraz po zaginięciu Daniela dostajemy do wyboru cztery postacie: byłą żonę Daniela, jego szefa, służącego w rezydencji należącej do pisarza i pracownicę firmy ochroniarskiej. Każda z tych postaci ma swoje unikalne umiejętności. W kolejnych etapach ilość dostępnych postaci się zwiększa, jednak istnieje pewien haczyk – permadeath. Jeśli podczas eskapady sterowana przez nas postać zginie, dzieje się to bezpowrotnie. „There are no continues my friend”, jak mawiał Revolver Ocelot. A w Song of Horror śmierć czai się na każdym kroku.

  Realia historyczne w Ghost of Tsushima

Rozgrywka toczy się w perspektywie trzeciej osoby w predefiniowanych rzutach kamery na wzór serii Resident Evil. Co odróżnią grę od słynnej serii o zombie, to brak jakichkolwiek środków obrony. Pozostaje nam eksploracja i rozwiązywanie zagadek. Te są w większości logiczne i w miarę realistyczne. Kiedy znajdujemy ścierkę, wykorzystujemy ją de wytarcia rozlanej na podłodze wody, a gdy zdobywamy szczypce do grilla, możemy je wykorzystać do wyciągnięcia przedmiotu z trudno dostępnego miejsca. Czasami trafiają się trudniejsze łamigłówki, jednak trzeba przyznać, że zawsze istnieją jakieś wskazówki.

Song of horror Playstation

Namiastką walki są spotkania z ‘obecnością’. Miejsca, które zwiedzamy, są nawiedzone przez duchy, a spotkanie z nimi na ogół kończy się śmiercią. Na szczęście zjawy nie atakują nas bezpośrednio. Najczęściej czają się za zamkniętymi drzwiami. Jeśli usłyszymy niepokojące odgłosy zza drzwi, pod żadnym pozorem nie wolno nam wejść do środka, bo postać zginie. Musimy znaleźć alternatywną drogę. Czasami zniecierpliwiony duch sam spróbuje przejść przez drzwi. Uruchamia się wtedy mini gierka, w której naciskając odpowiednie przyciski, musimy je zatrzasnąć. Jeśli zjawa pojawi się w pomieszczeniu, w którym przebywamy, musimy uciec i znaleźć schronienie. Gdy już uda nam się znaleźć kryjówkę, czeka nas dodatkowa mini gierka, w której musimy uspokoić rytm serca naszej postaci. Pomysły twórców na kreowanie atmosfery zagrożenia są trafione w dziesiątkę. Nie chcemy stracić postaci, więc zaczynamy po domu chodzić powoli (bieganie prowokuje atak) i sprawdzać każde drzwi.

Ważną rolę w rozgrywce mają także specjalne umiejętności. Osoba silniejsza ma większe szanse domknąć drzwi, a postać z lepszą statystyką skradania ma mniejsze szanse na spotkanie ducha. Dochodzi do tego także unikalne oprzyrządowanie. Jeśli postać posiada walkie talkie, podczas zbliżania się do potencjalnego niebezpieczeństwa usłyszymy niepokojące dźwięki. Inna ma w zanadrzu…butelkę whiskey, pozwalającą ukoić skołatane nerwy.

  Pan Samochodzik i Templariusze - recenzja książki i serialu

O ile pod względem budowania napięcia gra jest niemal bezbłędna, tak jej wykonanie od strony technicznej pozostawia wiele do życzenia. Modele postaci wyglądają co najwyżej przeciętnie, a ich animacje są po prostu kiepskie. Cutscenki to zwykłe obrazki komiksowe. Dosyć dobrze wygląda za to otoczenie. Grafika przypomina remake Resident Evil 1. Pogrążone w półmroku pomieszczenia są bardzo bogate w szczegóły. Oczywiście takie podejście niesie za sobą spore wymagania. O ile na PC grę można odpalić w maksymalnych ustawieniach na przeciętnym sprzęcie, tak na Playstation 4 można zaobserwować sporadyczne spadki płynności.

Aktorstwo głosowe jest przyzwoite, jednak umiejscowienie dźwięku jest czasami nieadekwatne do sytuacji. Przed sekundą ukrywaliśmy się przed potworem, próbując uspokoić rozkołatane serce, a po chwili nasza postać komentuje coś niemal zrelaksowanym tonem. Pokpiony został także casting. Złamanemu przez życie alkoholikowi o wyglądzie ulicznego zabijaki głosu użycza aktor, który brzmi jak brytyjski intelektualista. O ścieżce dźwiękowej nie ma się co rozpisywać, bo przez całą grę towarzyszy nam albo cisza, albo niepokojacy ambient.

Mimo pewnych niedoróbek Song of Horror to bardzo udany survival horror, który można polecić każdemu miłośnikowi oldschoolowego horroru. Autorom udało się wprowadzić naprawdę niepokojącą lovecraftowską atmosferę i dodać kilka interesujących mechanik. Jeśli nie macie nic przeciw powolnej rozgrywce i dosyć przeciętnej jak na dzisiejsze standardy grafice, Song of Horror zapewni wam kilka godzin dobrej zabawy.

7/10