Resident Evil 3 remake – recenzja

Capcom ma niezwykłą rękę do tworzenia odświeżonych wersji swoich starych produkcji. Gdy w 2002 roku powstał remake pierwszej odsłony cyklu RE, gracze byli zachwyceni. Produkcja cechowała się nie tylko obłędną jak na swoje czasy grafiką, ale i wprowadzała kilka nowych mechanik, które dodały nowe pokłady grywalności. Podobnie było z remakem Resident Evil 2. Tutaj obawy były większe, gdyż Capcom nie tyle wprowadzał nowe mechaniki, ile zmieniał całość rozgrywki, przenosząc grę w pełne 3D. Obawy okazały się bezzasadne – gra została jedną z najlepszych produkcji 2019. Capcom postanowił kuć żelazo, póki gorące i w ten sposób po zaledwie roku od wydania poprzedniej odsłony na półkach sklepowych pojawiła się odświeżona wersja trzeciej część cyklu o zombie. Jak wyszło tym razem?

Fabuła gry rozgrywa się w tym samym czasie, co wydarzenia z Resident Evil 2. Ocalała z masakry w posiadłości Spencerów, Jill Valentine próbuje zebrać dowody przeciw korporacji Umbrella. Niestety, w Raccoon City wybucha epidemia i miasto zostaje odcięte od świata. Po ulicach grasują hordy wygłodniałych zombie, a za główną bohaterką wysłany zostaje niezniszczalny potwór zwany Nemesis. Podobnie jak w remaku Resident Evil 2, naszą postacią sterujemy z perspektywy trzeciej osoby. Gra używa zresztą tego samego silnika, więc miłośnicy poprzedniej odsłony poczują się tu jak w domu. Nie oznacza to jednak, że w grze nie ma żadnych zmian. Najważniejszą jest podkręcenie tempa rozgrywki. Nie ma już powolnego zwiedzania kolejnych korytarzy opuszczonego budynku. Intensywna akcja zaczyna się już na samym początku gry i nie zwalnia do samego końca. Momentami Resident Evil 3 bliżej jest serii Uncharted niż klasycznym odsłonom cyklu. Wprowadzono nowe rodzaje broni i możliwość własnoręcznego tworzenia amunicji do nich. Jill otrzymała także umiejętność robienia uniku. Gdy naciera na nas zombie, wciskając w odpowiednim momencie przycisk, możemy prześlizgnąć mu się pod ramieniem lub uderzyć go, zapewniając sobie niezbędny dystans. Opanowanie tego manewru jest konieczne, bo gra bardzo często rzuca nas w ciasne pomieszczenia pełne chodzących trupów.

Niestety grze daleko do ideału. Największe zastrzeżenia budzi jej długość. Resident Evil 3 remake trwa zaledwie cztery godziny, co przypomina bardziej DLC niż pełnoprawny tytuł. Fabuła oryginalnego RE3 na PSX była stosunkowo krótka, a tu z niewiadomych powodów okrojono ją jeszcze bardziej. Lokacje takie jak restauracja, redakcja gazety, park miejski czy wieża zegarowa zostały całkowicie wycięte. Z gry usunięto też rozgałęzienia fabularne. W oryginale czasami trzeba było dokonać wyboru – spychamy Nemesisa z mostu, czy sami z niego skaczemy. Takich momentów w trakcie gry było kilka i w zależności od dokonanego wyboru do kolejnego celu dochodziliśmy zupełnie inną drogą i odkrywaliśmy unikalne dla tego rozgałęzienia pomieszczenia. Tutaj mamy całkowitą linearność. Powoduje to, że gra jest nie tylko krótka, ale i nie zachęca do ponownego sięgnięcia. Resident Evil 2 zachęcała nas do ponownego przejścia drugim scenariuszem. Tutaj po przejściu dostajemy jedynie opcję „sklep”, w którym za uzbierane punkty możemy kupić sobie modele postaci i bronie.

  Darkseed, recenzja gry z 1992

Rozczarowuje też postać Nemesisa. Pojawia się jedynie kilka razy i chociaż starcia są niezwykle efektowne, brakuje w nich napięcia, jakie budził Mr. X z poprzedniej odsłony. Tam byliśmy uwięzieni z potworem w wielkim budynku i mógł się on czaić za każdymi drzwiami. Dosłownie, gdyż jego posunięcia były losowe. Tutaj wiemy dokładnie, kiedy Nemesis się pojawi, bo wszystko jest oskryptowane. Na dodatek potwór jest zadziwiająco prosty do pokonania. Dla porównania w oryginale trzeba było w niego władować nawet i 10 strzałów z granatnika, nieustannie unikając jego pięści, macek i rakietnicy, co oznaczało, że każde starcie było sporym wyzwaniem. Tutaj przy pierwszym spotkaniu wystarczy rzucić mu pod nogi granat. Nemesisa spotykamy na swojej drodze kilka razy, jednak większość z tych spotkań to nawet nie walki, a proste sekwencje QTE. Na samym początku gry Jill wsiada do auta, a my musimy jedynie wcisnąć przycisk, aby potwora rozjechać. Chociaż filmik wygląda fenomenalnie, napięcia w tym żadnego. Dopiero w późniejszych etapach staczamy z Nemesisem prawdziwe pojedynki, jednak te są zadziwiająco łatwe.

O wiele większe zagrożenie stanowią zwykłe zombie. Na ulicy można je z łatwością wyminąć, ale później, gdy większość czasu spędzamy w klaustrofobicznych pomieszczeniach i korytarzach, pozostaje jedynie walka lub perfekcyjne opanowanie systemu uników. Problem w tym, że zombie są rzucane na nas w coraz większych ilościach, a przestrzeń coraz bardziej się kurczy. Na dodatek niektóre osobniki wymagają do 10 strzałów w głowę, co w połączeniu z ich niekoordynowanymi ruchami tworzy naprawdę spore utrudnienie. Tutaj swoją wyższość pokazuje PC, gdyż precyzyjne celowanie przy pomocy myszy jest o wiele łatwiejsze.

Oprócz lokacji z gry zniknęło też sporo zagadek. W oryginalne, aby uruchomić kolejkę podmiejską, należało odwiedzić kilka miejsc, zebrać trzy specjalne części, do których dostępu broniły drzwi ze specjalnymi zamkami, klucze znajdowały się w jeszcze innych lokacjach. Tymczasem tutaj musimy najpierw iść do elektrowni, aby uruchomić awaryjne zasilenie trakcji, a następnie do rozdzielni, aby wyznaczyć trasę pociągu. To wszystko. Niby jest to bardziej realistyczne, ale i zabawy w tym dużo mniej. Spowodowane jest to hermetycznością lokacji. W RE3 przez większość gry mieliśmy dostęp do całego obszaru miasta, a tutaj gra wydziela nam malutkie sekcje po przekroczeniu, których nie ma odwrotu. Te mini sekcje są do bólu schematyczne – idziemy i napotykamy na rozgałęzienie drogi. W pierwszej odnodze znajduje się przedmiot, który musimy zanieść do odnogi drugiej. Wtedy gra rzuca na nas nowych, silniejszych przeciwników, po których pokonaniu bezpowrotnie opuszczamy tę lokację.

  Joker - recenzja filmu Todda Phillipsa

Zmianę przeszła też główna bohaterka. Tym razem nie gania po mieście w kusej spódnicy, tylko niczym John Mcclane w koszulce bez ramiączek i dżinsach. Ta zmiana mi się podoba, gdyż skąpo ubrana Jill z RE3 sprawiała wrażenie pikselowego fan service, a nie pełnokrwistej postaci. Podobnie jak w oryginale w kilku etapach kierujemy poczynaniami nowego partnera Jill – Carlosa Olivery. Tutaj też nie można mieć większych zastrzeżeń. No, może oprócz absurdalnej fryzury, Carlos wygląda, jakby ostatni rok spędził w samoizolacji, bez nożyczek i lustra.

Oprócz RE3 na płycie znajduje się także druga gra zatytułowana Resident Evil: Resistance. Jest to podobna do Dead by Daylight gra multiplayer, w której czterech graczy współpracując ze sobą, próbuje powstrzymać piątego gracza wcielającego się w „masterminda”. Celem czwórki graczy jest odnajdywanie kolejnych kluczy lub niszczenie jakichś obiektów, aby uciec z danego obszaru w określonym czasie, natomiast celem masterminda jest rzucanie graczom pod nogi kolejnych przeszkód: zombie, materiałów wybuchowych czy pułapek. Ta część przypomina trochę grę Night Trap. Nie sterujemy samą postacią, tylko obserwujemy poczynania czterech graczy z widoku kamer przemysłowych. Resistance jest bardzo kiepsko wykonana. Modele postaci są paskudne, kamera czasami dostaje szału, a sterowanie jest wrogiem porównywalnym do zombie. Nie wróżę tej produkcji świetlanej przyszłości.

Resident Evil 3 nie jest na pewno grą złą, jednak jej niektóre aspekty są mocno niedopracowane. Szkoda, że Capcom nie poświęcił więcej czasu na jej doszlifowanie i dodanie elementów, które zostały usunięte podczas procesu remasteringu. Na dodatek nie jest sprzedawana w adekwatnej cenie. 250 złotych za czterogodzinną produkcję, która nie daje żadnych powodów, by do niej wracać, to trochę za dużo. Polecam wstrzymać się z zakupem i kupić ją, gdy ceny spadną do rozsądnej wartości.

Historia serii Resident Evil – Resident Evil 3: Nemesis (1999)

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*