Assassin’s Creed: Unity – recenzja

Mimo jedenastu lat na karku, gry z serii Assassin’s Creed cały czas wyglądają tak samo. Nasza postać biega i skacze po dachach lub walczy z żołnierzami danej epoki, międzyczasie wplątując się w jakąś historyczną intrygę. Cały diabeł tkwi w szczegółach: nowe bronie, ładniejsza grafika, dodatkowe minigierki itp. Ubisoft zawsze trzymało serię w tej bezpiecznej zatoce, gdyż mimo powtarzalności zapewniało to kolejne sukcesy. Dopiero Assassin’s Creed 4: Black Flag i powiązany z nią Assassin’s Creed: Rogue pozwoliły (dosłownie) wypłynąć graczom na szerokie wody. Morskie bitwy, nurkowanie czy polowanie na faunę tchnęły dużo świeżości w serię. Gracze zastanawiali się, co też nowego wymyślą tęgie głowy z Ubisoft, aby utrzymać poziom i jednocześnie zaoferować graczom coś nowego. Wszak Unity miało być pierwszą grą w serii przygotowaną wyłącznie na konsole next-gen (poprzednie części dostępne były także na konsole poprzedniej generacji).

Fabuła Unity jest powiązana z poprzednią odsłoną – Assassin’s Creed: Rogue. Głównym bohaterem gry jest Arno Dorian, syn asasyna Charlesa Doriana. W prologu gry Charles zostaje zabity przez Shaya Patricka Cormaca, głównego protagonistę Rouge (jest to też jednocześnie ostatnia misja gry AC: Rogue). Po śmierci ojca Arno zostaje adoptowany przez Francoisa De La Serre – Wielkiego Mistrza Templariuszy. Czternaście lat później Francois również zostaje zamordowany, a o jego zabójstwo zostaje oskarżony sam Arno. Dorian trafia do Bastylii, gdzie poznaje członka bractwa asasynów – Pierra Belleca. W tym samym czasie na zewnątrz szaleje rewolucja. W jej wyniku wściekły tłum przypuszacza szturm na twierdzę, dzięki czemu Arno i Pierrowi udaje się uciec. Kiedy Arno dowiaduje się, że za śmiercią jego przybranego ojca stoją inni templariusze, postanawia przyłączyć się do asasynów, aby wytropić sprawców i wymierzyć im sprawiedliwość. Sprawy jednak komplikują się, gdy Arno dowiaduje się, że jego przybrana siostra i zarazem jego miłość, także jest członkiem templariuszy.

Jak zwykle w serii, główna postać znajduje się w samym środku burzliwych wydarzeń historycznych. Tym razem jest to rewolucja francuska. Poznajemy historyczne postacie takie jak Marquis de Sade, Napoleon Bonaparte, Maximilian de Robespierre czy François-Thomas Germain. Oczywiście gra nie jest lekcją historii i są w niej pewne przekłamania i uproszenia, jednak podobnie jak poprzednie odsłony przybliża nam w sporym stopniu realia historyczne tamtej epoki. Niestety o ile te są ciekawe, tak sama historia głównego protagonisty jest nudna. W teorii wszystko brzmi dobrze. Mamy głównego bohatera, który miał dwóch ojców,  a każdy z nich należał do innej strony konfliktu. Ma też ukochaną, która należy do wrogiej frakcji. Tworzy to podwaliny świetnej i pełnej moralnych wyborów historii. Jednak w praktyce, Arno przez całą grę po prostu robi swoje i nie za bardzo przejmuje się jakimiś dylematami moralnymi. Sama rewolucja francuska też została nieco zmarnowana. Niby cały czas, gdzie tam w tle słychać jej echa, jednak prawie do końca gry nie ma ona prawie żadnego znaczenia.

Główny bohater, Arno Dorian, jest kalką Ezio z drugiej części. Arno jest czarujący i zabawny, a w konflikt asasynów z templariuszami zostaje wlątany wbrew własnej woli. Podobnie jak Ezio, motorem napędowym Arno jest żądza zemsty. Twórcy próbują wprowadzić romans z przybraną siostrą Arno –  Elise, która to jest nawet ciekawą postacią, jednak cały wątek ich romansu jest zmarnowany. Ciężko jest angażować w historię ich związku, kiedy nawet gra wydaje się nie być tym zainteresowana.

  Wszystkie gry ze Spidermanem

Gameplay przeszedł niewielkie zmiany. Ulepszono system wspinania się, niestety jak to bywa ze zmianami, skomplikowało to poruszanie się i czasami postać nie wykonuje tego, co byśmy chcieli. Przykładowo, postać nie wykona już samobójczego skoku, gdyż dodano umiejętność płynnego schodzenia. Ma to za zadanie ułatwić nam życie, abyśmy niechcący nie spadli z wysokości, jednak w praktyce czasami gra blokuje nam skok, który powinien się udać. Dodano nowy system skradania się, w którym możemy chodzić na paluszkach, przykleić się do murku, lub filaru, albo przeskakiwać z jednej osłony za drugą, poprzez naciśnięcie przycisku. Niestety tutaj też coś nie do końca zagrało, gdyż czasami mimo bycia schowanym za osłoną, przeciwnicy nas widzą. Sprowadza nas to największej wady gry, czyli AI (czytaj: głupoty) strażników. Kiedy ukrywamy się przed gwardzistą, który nas dostrzegł, gra rysuje w powietrzu zarys naszej postaci w miejscu, w którym widział on nas po raz ostatni. Ma to pomóc nam wywabić strażnika z jego stanowiska. Jednak taki strażnik po dojściu do tego miejsca nie będzie próbował nawet eksplorować okolicy, tylko stanie jak słup soli czekając grzecznie na wbicie sztyletu w plecy. Szczególnie przeszkadza to, gdy chcemy dokonać zabójstwa z ukrycia. Strażnik nawet na krok nie ruszy się z miejsca i nie mamy możliwości dalszego zwabiania go np. gwizdnięciem. Jeszcze gorzej jest z alarmem. Jeśli wywołamy alarm i zlecą się do nas strażnicy, wystarczy wejść na dach. Jakikolwiek. Żaden ze strażników nie pofatyguje się za nami. W praktyce można schodzić, aby zabić jednego czy dwóch z tłumu strażników i szybko wskoczyć na dach, aby po kilkunastu sekundach wszyscy wzruszyli ramionami i się rozeszli. Jest to jedno z najgorszych AI w serii. Tym bardziej że gra zmusza nas do kombinowania, gdyż prowadzenie walki z więcej niż trzema przeciwnikami, często kończy się śmiercią. Jeśli właśnie wyprowadziliśmy atak na przeciwnika, a inny się na nas zamachnie, wciśniecie guzika bloku, nic nie da.

Grafika jest obłędna. Obietnice o next-genie nie były czcze. Oprócz niesamowitych modeli postaci gra posiada przepiękne budynki. Katedra w Notre Damę zapiera dech w piersiach swoją szczegółowością i sprawia, że budynki w poprzednich odsłonach wyglądają jak niezdarne makiety zrobione w Minecrafcie. W ulice są bardzo zatłoczone, co na początku robi wrażenie, jednak po pewnym czasie irytuje. Każda, nawet mniejsza ulica jest zatłoczona niczym jarmark, co sprawia, że bieg przez miasto staje się frustrujący.

Gra jest niezwykle krwawa. Każde cięcie mieczem to rozbryzgi i plamy na pobliskich ścianach. Po zabiciu kilka strażników, miejsce wygląda jak z horroru. W grze znajduje się też wiele brutalnych scen typu: egzekucje na gilotynie, obcinanie nogi piłą bez znieczulenia, tortury medyczne i oczywiście bardzo efektowne zabójstwa.

O ile w innych aspektach twórcy starali się o maksymalne uproszczenie i powrót do korzeni, tak system zdobywania doświadczenia jest niepotrzebnie skomplikowany. Mamy pieniądze, za które możemy kupić bronie i inne użyteczne przedmioty. Jednak oprócz tego mamy jeszcze Sync Points, Creed Points na bronie oraz przedmioty i wreszcie Hack Points. Skomplikowane? No cóż, jeśli nie wiadomo o co chodzi, chodzi o pieniądze a dokładnie o mikrotransakcje. Arno początkowo jest bezbronny i bez umiejętności. Nie mamy tu misji, w których nauczymy się nowych sztuczek. Nowe miejętności musimy kupować. A jeśli nie chce nam się zarabiać pieniędzy w grze, możemy kupić Hack Points i zhakować sobie fajne przedmioty i kostiumy. Oczwiście Hack Points kupujemy za prawdziwą gotówkę. Greed is good jak mawiał prezes Ubisoft, Gordon Gekko.

Jak zwykle mamy mnóstwo zadań pobocznych. Tradycyjny już w serii wątek ekonomiczny, w którym zbieramy czynsz z należących do nas przybytków. Możemy także zbierać ścięte głowy (!), albo walczyć z alfonsami o tereny dla prostytutek. Mamy także porozrzucane po mieście zagadki Nostradamusa (odpowiednik glyphów z dwójki). Możemy także rozwiązać tajemnice sławnych morderstw zostając Asasynem-Holmesem. Innym sposobem na wzbogacenie się jest rabowanie skrzyń. Tym razem musimy je otwierać wytrychem w formie mini gierki. Wreszcie, jeśli znudzimy się misjami dla pojedynczego gracza, możemy zagrać w misje co-op, dostępne z poziomu naszej singlowej mapy. Tak czy inaczej, w Paryżu nie mamy co narzekać na niedomiar rozrywki. Nawet misje pojedyncze zostały wzbogacone. Oprócz standardowego dostań się do obiektu X, zabij Y i ucieknij, bez wszczynania alarmu, twórcy wprowadzili o wiele bardziej rozbudowane podejście do misji. Mamy postawione zadanie główne, a jak je wykonamy, zależy jedynie od nas. Weźmy misję z katedrą w Notre Dame. Do katedry możemy dostać się tajnym podziemnym przejściem (jeśli tylko zdołamy je odnaleźć). Możemy też namierzyć w tłumie osobę z kluczem i ją okraść. A może wolimy wejście od strony dachu?  Tak czy inaczej jesteśmy gotowi na wejście. Jednak, zamiast iść od razu do środka, możemy jeszcze przygotować sobie grunt pod ucieczkę. Przykładowo w jednej z misji zatykamy kominy, dzięki czemu pod koniec misji obszar przez który uciekamy pokryty jest dymem, w którym możemy bezkarnie zabijać strażników. Warto też wspomnieć, że w grze zminimalizowano obecność misji dziejących się poza Animusem (zwanym tutaj Helixem). No cóż, gracze i tak ich nie lubili.

  Broken Sword: Shadow of the Templars - Recenzja

W dniu premiery gra borykała się z olbrzymimi problemami. Glicze i bugi były wszechobecne. Ubisoft musiało wystosować przeprosiny i zaoferować zadośćuczynienie dla graczy. Na chwilę obecną patche załatały większość tych problemów i ciężko znaleźć jakieś większe babole, jednak w wielu miejscach ilość klatek na sekundę zauważalnie spada, bez wyraźnego powodu (dotyczy to wersji Playstation 4).

Assassin‘s Creed Unity to nieco zmarnowana szansa na kolejną po Black Flag rewolucyjną odsłonę cyklu. Grafika jest piękna, jednak historia i główny bohater to czysta nuda powodująca, że ignorujemy wydarzenia na ekranie, koncentrując się na jak najszybszym przejściu gry. Unity jest udanym powrotem do korzeni, jednak kiepską kontynuacją. Zabrakło bardziej wciągającej historii i lepszego IQ przeciwników. Historia głównego bohatera stojącego w rozkroku między dwoma frakcjami, nie jest zła, ale mogła być ciekawiej poprowadzona.

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Twitter
  • Wykop

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*