Entuzjasta Gier

Gry, filmy, seriale, ciekawostki

Mortal Kombat: Annihilation – recenzja | Adaptacje gier wideo

Po sukcesie filmu Mortal Kombat, jego twórcy kombinowali jak jeszcze bardziej wydoić popularną markę. W 1995 powstała krótkometrażowa animacja Mortal Kombat: The Journey Begins. Jest to piętnastominutowa kreskówka łącząca dziadowskie CGI z tandetną animacją, będąca prequelem oryginalnego filmu. Jakość tego dzieła woła o pomstę do nieba, ale na fali popularności filmu, kreskówka sprzedała się dosyć dobrze. Idąc za ciosem, firma wyprodukowała kolejną animację zatutułowaną Mortal Kombat: Defenders of the Realm. Jest to animowany serial, będący sequelem filmu kinowego. Niektóre sceny z filmu są w nim nawet pokazane w formie flashbacków. Oczywiście z racji skierowania tej animacji do młodszej widowni, twórcy unikają pokazywania przemocy. Serial został anulowany po zaledwie 13 odcinkach. Jednak marka wciąż na siebie zarabiała, więc podjęto decyzje o wyprodukowaniu pełnoprawnego filmowego sequela pod tytułem Mortal Kombat: Annihilation. Do kin wszedł w listopadzie 1997 roku, czyli prawie dwa lata po premierze pierwszej części. Hasłem reklamującym film było destroy all expectations”. Trzeba przyznać, że twórcy dotrzymali słowa i wszelkie oczekiwania widzów co do jakości tego filmu, zostają bardzo szybko zniszczone.

Film zaczyna się w momencie zakończenia pierszej części. Imperator Shao Khan mimo przegrania turnieju, nielegalnie otwiera portal łączący Ziemię z zaświatami. Jeśli portal nie zostanie zamknięty w ciągu sześciu dni, Ziemia zostanie podbita i stanie się własnością imperatora. Podczas ataku, którego początek widzieliśmy w końcówce ostatniego filmu, ginie Johnny Cage. Po tym wydarzeniu, bohaterowie rozdzielają się. Raiden wyrusza, aby spotkać się ze starymi bogami, a Liu Kang próbuje odnaleźć indianina Nightwolfa, który zna sposób na pokonanie Shao Khana.

Shao Khan Mortal kombat
Imperator nieleganie otwiera przejście pomiędzy światami

Istnieje kategoria filmów, które mimo niezadowolenia krytyków były, są i będą produkowane – filmy dla niewymagającego widza. Filmy, których fabuła jest pretekstowa, a wszystko opiera się na wyrafinowanych efektach specjalnych i sympatycznych bohaterach. Taki właśnie był pierwszy Mortal Kombat. Nie było to arcydzieło, ale tytuł był wystarczająco rozrywkowy, aby podbić serca widzów. Film miał przyzwoite efekty, dobrze nakręcone sceny walki i bohaterów, których dało się polubić. Mortal Kombat 2, to MK1 pozbawiony tych elementów. Scenariusz jest bełkotliwy, walki chaotyczne, a aktorstwo tragiczne.Ukoronowaniem wszystkiego jest tandentne CGI, rodem z jakiegoś serialu z lat 90.

Mortal Kombat Annihilation girls
Protip: jesli nie masz dobrego scenariusza, porządnych aktorów ani pieniędzy na niesamowite efekty specjalne, zawsze ci pozostają kuso ubrane ładne panie

Film od samego początku atakuje nas okropnym CGI. W poprzedniej odsłonie efekty były wykonane starannie, natomiast tutaj, mimo upływu dwóch lat wszystko wygląda dużo gorzej. Nawet prosta sztuczka z eksplozją na tle greenscreenu, wypada słabo. Zamiast wysadzić miniaturkę albo jakiś komputerowy budynek, postacie po prostu skaczą na tle kuli ognia, kupionej zapewne ze stocku.

greenscreen mortal kombat annihilation
Protip: jesli nie masz budynku do wysadzenia, kup stockowe nagranie kuli ognia i każ aktorom skakać na tle green screenu. Nikt się nie połapie – widzowie to idioci.

Jednak pierwsze wskazówki, że film będzie tragiczny, pojawiły się zanim on w ogóle powstał. Prawie wszyscy aktorzy i reżyser zrezygnowali z udziału w sequelu. Odtwórczyni Sonii miała dobry powód, bo trafiła jej się bardziej intratna rola, ale już taki Linden Ashby (odtwórca Johnny’ego Cage’a) otwarcie powiedział, że nawet i chciał wystąpić, ale jak tylko przeczytał scenariusz, podziękował za propozycję. Na pokładzie zostali tylko Robin Shou grający Liu Kanga i Talisa Soto w roli Kitany. Dosyć komicznie wygląda reinterpretacja sceny początkowej, w której prawie wszyscy bohaterowie wyglądają inaczej. Jedynym nowym obsadowym nabytkiem, który jest jako tako rozpoznawalny, jest James Remar w roli Raidena. Reszta obsady to przypadkowi ludzie na ogół związani z kinem klasy C lub modelingiem. Wiec o ile na brak ładnych pań i panów narzekać nie można, tak o jakichkolwiek zdolnościach aktorskich, możemy zapomnieć. Irytują też wątki, które zmierzają donikąd. Sonia ma wyrzuty sumienia po śmierci Johnny’ego, ale po chwili autorzy każą jej uprawiać zapasy w błocie z inna ładną panią, a później bohaterka chyba zapomina o całej sprawie. Liu Kang niczym młody Luke Skywalker musi odkryć swoją wewnętrzną siłę. Ma mu w tym pomóc pewien Indianin, który uczy go przemiany w zwierzę (animality). Jednak później, cały wątek Indianina zostaje porzucony, zostawiając nas z dziwnym uczuciem, że właśnie zmarnowano nam 15 minut życia.

  Spider-Man: Daleko od domu - ciekawostki, nawiązania i easter eggi

O dziurach fabularnych można by pisać godzinami. Dlaczego Scorpion żyje? Film tłumaczy nam, że Sub Zero, który także powrócił, to brat bliźniak. Czyżby każda postać miała swojego brata bliźniaka, tylko czekającego na okazję do pomszczenia swojego rodzeństwa? Dlaczego starzy bogowie okłamują Raidena? Po co były te testy dla Liu Kanga, skoro ich i tak nie dokończył? Dlaczego jego serce nagle należy do innej? Czyżby chodziło o Kitanę? Przecież znał ją bardzo krótko i dzielił z nią może ze trzy sceny. Dlaczego Johnny Cage, czyli człowiek, który pokonał Scorpiona i Goro w walce na gołe pięści, został zabity w pierwszych minutach filmu, w tak prosty sposób. Dlaczego Shao Khan zabija swoich podwładnych bez żadnego powodu? Im głębiej zagłębiamy się w fabułę, tym więcej mamy pytań. A do głowy przychodzą jedynie dwie odpowiedzi. Ta bardziej oczywista, to niekompetencja twórców. Możliwe także, że cześć z tych nieścisłości miała być wyjaśniona w kolejnym sequelu, prace nad którym trwały już podczas tworzenia Annihilation. Niestety (na szczęście) film poległ w kinach i prace nad trzecią odsłoną MK zostały wstrzymane.

Film jest zrealizowany na absurdalnie złym poziomie i chyba tylko miłośnikom tandetnych filmów może przypaść do gustu. Czy jest w ogóle w nim coś pozytywnego? Za w miarę udaną można uznać scenę pojedynku Sonii z Mileną. I nie mówimy tu o oczywistych wartościach rozrywkowych dla męskiego oka, a o całkiem przyzwoicie nakręconej scenie walki (pod warunkiem, że zignorujemy styropianowy głaz leżący na środku areny). Fani gry na pewno się ucieszą z  pojedynku Scorpiona z Sub Zero (jeśli zignorujemy gigantyczną ilość linek użytych w tej scenie). Nie najgorszy jest też wygląd Motaro i Sheevy.

Paul W.S. Anderson (reżyser pierwszej części) po obejrzeniu sequela zaczął żałować, że nie podjął się zrobienia filmu osobiście. Negatywnie o Annihilation wypowiadał się także odtwórca roli Liu Kanga. Twórca gry, Ed Boon uznał Annihilation za najgorszą rzecz, jaka się przytrafiła serii. Mimo całej krytyki jaka spadła na film, po jakimś czasie rozpoczeła się przedprodukcja trzeciej odsłony serii o roboczym tytule Mortal Kombat: Devastation. Christopher Lambert, Linsden Ashby i Robin Shou zgodzili się powrócić (Johnny Cage miał zostać wskrzeszony). Niestety ekipę prześladował pech. Najpierw w 2005 roku, plan zdjęciowy został zniszczony przez huragan Katrina, a następnie pojawiły się zawirowania związane z prawami do marki. Na ich skutek Mortal Kombat przeszło pod własność Warner Bros. Firma nie ma zamiaru kontynuować tej serii, tylko stworzyć kompletny reebot. Reżyserem ma zostać James Wan i raczej nie zapowiada się, żeby ktoś ze starej obsady był zaangażowany w produkcję.

  Psy 3. W imię zasad - recenzja

Mortal Kombat: Annihilation to prawdziwe dno i to nie tylko adaptacji gier, ale filmów w ogóle. Tytuł jest zwykłym skokiem na kasę, który na szczęście się nie powiódł. Zamiast wydawać pieniądze na płytę DVD lepiej już obejrzeć fragmenty na YouTube. No, chyba że lubimy filmy tak złe, że aż dobre. Na pocieszenie fanów zostaje wiadomość, że w 2010 za markę MK, zabrali się bardziej kompetetni ludzie, dzięki czemu powstał całkiem udany serial Mortal Kombat: Legacy. Jednak to już materiał na inną recenzję.