Spider-Man: Web of Shadows – recenzja

web of shadows tapeta

Spider-Man gości na ekranach monitorów już od 1982. Przez pierwsze 18 lat pajączek był więźniem dwóch wymiarów skazanym na pobyt w platformówkowym piekle. Jednak wraz z premierą Spider-Man z 2000 pająk zyskał to, czego brakowało mu najbardziej – trzeci wymiar. Kolejne gry korzystały z tego dobrodziejstwa w różny sposób, od produkcji kiepskich, aż po naprawdę udane. Wydana w 2008 produkcja Web of Shadow jest chronologicznie 27 produkcją z Spider-Manem. Czy jest to dobra gra?

Trzeba przyznać, że tytuł ma bardzo fajne otwarcie. Akcja zaczyna się od ujęcia za plecami Spider-Mana, idącego przez dach wieżowca, na którym toczy się dramatyczna walka. Żołnierze ostrzeliwują się z tajemniczymi zmutowanymi istotami. Parker pochłonięty własnymi myślami zdaje się nie zwracać na to uwagi. Kamera zatacza koło odsłaniając nam coraz więcej zniszczeń. Nowy Jork jest zdewastowany, a na ulicach toczy się regularna wojna. Wszystko dzieje się w rytm Sonaty Księżycowej. Słyszymy też myśli lub wspomnienia pająka, który zdaje się obwiniać za całą sytuację. Wszytko, jest bardzo klimatyczne i niezwykle intrygujące Po krótkim etapie, w którym poznajemy podstawowe ruchy, akcja cofa o cztery dni i pokazie nam wydarzenia, jakie doprowadziły do tego.

Zamiast opierać się na jednym z filmów lub historii komiksowej, SpiderMan: Web of Shadows tworzy własną opowieść osadzona w świecie Marvela. Podczas walki z Venomem, cześć symbionta odrywa się od Ediego i przeskakuje na pajączka, po raz kolejny czyniąc z niego czarnego Spidermana. Na dodatek symbiont zaczyna rozsiewać kokony, które infekują mieszkańców. Zainfekowani ludzie zmieniają się we wściekłe bestie, atakujące wszystko, co zobaczą na swojej drodze. Kiedy infekcja rozszerza się, na miasto zostaje nałożona kwarantanna, a Nowy Jork zmienia się w piekło na ziemi.
Jak widać, fabuła jest dosyć ponura i odstaje od zwyczajowych historii o pajączku pokazywanych w innych grach. Jako Spider-Man musimy powstrzymać armie zmutowanych mieszkańców, zlikwidować miejsca infekcji i powstrzymać komiksowych przestępców, którzy korzystając z zamieszania, zajmują się tym, co potrafią najlepiej. Autorzy nie pożałowali wrogów i na swojej drodze spotkamy: Venoma, Electro, Vulture, Kingpina czy Rhino. Aby było ciekawiej, będziemy też zmuszeni walczyć z naszymi sprzymierzeńcami, jeśli tylko zostaną zainfekowani. Ponieważ roboty jest dużo, w wielu misjach współpracujemy z kultowymi postaciami Marvela. Luke Cage, Black Cat, Moon Knight, Wolverine i organizacja S.H.I.E.L.D.

  I Have No Mouth, and I Must Scream - historia gry

Gra jest typowym sandboxem, w którym możemy swobodnie poruszać się po całym obszarze Nowego Jorku, wyszukując zadania poboczne, lub podążać za głównym wątkiem fabularnym. Ten podzielony jest na kilka rozdziałów, w których współpracujemy z różnymi postaciami Marvela i otrzymujemy od nich zadania. Zadania mogą być różne: dotrzeć gdzieś, pokonać kogoś, podążać za kimś. Na ogół współpraca z daną postacią ciągnie się przez kilka zadań, a następnie fabuła rzuca nas zupełnie gdzieś indziej.
Do dyspozycji mamy podstawowy zestaw ciosów, który stopniowo rozbudowujemy za punkty otrzymane z kolejnych misji. W dowolnym momencie możemy zmienić kostium. Czerwony pająk jest zwinniejszy i szybszy, natomiast czarny silniejszy i brutalniejszy. Oprócz innego zestawu ciosów nie ma znaczenia, w którym kostiumie gramy. Zupełnie w oderwaniu od koloru kostiumu używanego przez nas podczas misji, na koniec każdej misji mamy wybór. Możemy postąpić jak czerwony pająk, czyli dokonać dobrego wyboru lub jak czarny, czyli złego. Niestety ten bardzo promowany przez Activison „unikalny” system, nie ma tak naprawdę żadnego wpływu na dalszy przebieg fabuły. Przykładowo po pokonaniu jakiegoś bossa możemy wybrać drogę czerwonego pająka, zachęcając go do poddania się lub czarnego prowokując dalszą walkę. Rezultat będzie ten sam – ukończenie misji. Nasze wybory mają znaczenie w sensie zbiorczym, to znaczy, jeśli przez większość gry dokonywaliśmy czerwonego wyboru, zakończenie będzie bardziej pozytywne. A jeśli czarnego, bardziej ponure. W trakcie całej gry jest tylko jeden kluczowy wybór, który determinuje jedno z czterech zakończeń. Chodzi o to, czy zdradzimy Mary Jane z pewną kocicą w obcisłym ubranku.

Sam system walki jest dosyć satysfakcjonujący. Twórcy opracowali specjalny zestaw ruchów do walki w powietrzu. Wygląda to tak, że możemy złapać siecią przeciwnika, wykorzystując ja niczym gumę od procy, wstrzelić się w niego zadając mu obrażenia, a następnie wykorzystując impet, odbić się od niego powtarzająca cala procedurę od nowa. Jest to przydatne w chaotyczne walce, jednak związane jest z naciśnięciem guzika w odpowiednim momencie, a wiele osób nie lubi takich rozwiązań. Niestety, mimo iż ataki staja się coraz potężniejsze i bardziej rozbudowane, sumarycznie nie są one niczym więcej nic button mashingiem i do tego dość repetytywnym. Wspomniane już skakanie z przeciwnika na przeciwnika, powtarza się w niemiłosiernie wielu misjach (jako wymóg), czasami trzeba ja wykonać 30 razy z rzędu. Tu już nie chodzi o wyzwanie, a o zwykłą nudę. Co z tego, że zdobywamy nowe umiejętości, skoro gra na siłę trzyma nas przy starych.

  Wyspa Złoczyńców - recenzja ksiązki i filmu

Podobnie jest z zadaniami. Zlikwiduj 20 przeciwników i wróć do zleceniodawcy zadania. Zniszcz 5 kokonów. Ocal 10 cywili. Po pewnym czasie te same zadania powtarzają się i zaczynamy mieć dość robienia tego samego w kółko.
Nudę związana z zadaniami pomogą nam zwalczyć pojedynki z bossami. Te są pomysłowe i dynamiczne. Walka z Wolverine, Vulture czy pościg za Black Cat to naprawdę pamiętne pojedynki. Okazanie mamy misje próbujące czegoś nowego jak na przykład ujeżdżanie Rhino niczym byka na rodeo, celem zdemolowania więzienia. Jest to satysfakcjonujące, niestety, gdy dwa razy Rhino zgliczował się w ścianie i nie można było ukończyć misji, radość wyparowała i zastąpiła ją frustracja. Glicze pojawiają się też podczas poruszania i walki, kiedy to kamera potrafi oszaleć, całkowicie niszcząc nasze poczucie orientacji.

Z grafiką bywa różnie. Większość modeli wykonana jest bardzo szczegółowo, jednak trafiają się też nieprzyzwoicie brzydkie. Wyjątkowo nieciekawe są na przykład modele pojazdów. Czasami miałem wrażenie, że twórcom zabrakło czasu na dokończenie gry, więc wrzucili jakieś generyczne modele, wykonane przez stażystę. Aktorstwo głosowe jest poprawne a muzyka przyzwoita, jednak mało charakterystyczna. Niektórym może jedynie przeszkadzać bardzo młody głos Spidermana. Co ciekawe w grze postać Petera Parkera nie występuje. Gra skupia się wyłącznie na akcji a życie prywatne Petra, będące nieodłączną częścią komiksów i filmów jest całkowicie zignorowane.
Mimo posiadania komputera kilkukrotnie lepszego od sugerowanego grafika wciąż potrafiła się przyciąć. Na dodatek, przez większość gry towarzyszył mi bardzo duży screen tearing, którego nie dało się zlikwidować ustawieniami.

Web of Shadows to jedna z ciekawszych gier z pajączkiem i jednocześnie gra z chyba najbardziej zmarnowanym potencjałem. Bardzo dobry system walki, ciekawa fabuła i spora dawka grywalności staczają na ekranie śmiertelny pojedynek z powtarzalnością, gliczami i nieco niedopracowaną grafiką.

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Twitter
  • Wykop

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*