Resident Evil: Ostatni rozdział to ostatnia odsłona filmowego cyklu Paula W.S. Andersona, zapoczątkowanego w 2002 roku. Filmy są ze sobą połączone fabularnie, jednak – w przeciwieństwie do produkcji Marvela, w których historia rozwija się konsekwentnie przez szereg filmów prowadzących do wielkiego finału w postaci gigantycznego crossovera – tutaj mamy do czynienia z czymś zupełnie przeciwnym. Każda kolejna część zaprzecza wydarzeniom z poprzedniej i w retroaktywny sposób próbuje zmienić przebieg historii tak, aby pasował do aktualnej wizji reżysera. W każdej odsłonie pojawiają się nieścisłości, retcony i jawne sprzeczności z wcześniejszymi wydarzeniami. Czy ostatnia część cyklu posprząta ten bałagan, a Paul W.S. Anderson w mistrzowski sposób rozwiąże splątany przez siebie węzeł gordyjski? Niestety nie – Resident Evil: Ostatni rozdział kontynuuje tradycję serii, wprowadzając jeszcze większy chaos.
Ostatni rozdział
Już sam początek filmu wali widza po głowie. Dla przypomnienia – w poprzedniej odsłonie Wesker przez niemal cały film pomagał Alice w wypełnieniu jej misji. Złoczyńca nie tylko ratował ją z opresji, ale również przywrócił jej supermoce i połączył z nią siły w wielkiej bitwie o Waszyngton. Ich przeciwnikiem była Czerwona Królowa – sztuczna inteligencja Umbrelli. W końcówce filmu Alice wraz z Weskerem, Leonem, Adą i Jill Valentine stali na dachu Białego Domu, szykując się do ostatecznej bitwy. Tymczasem z The Final Chapter dowiadujemy się, że wszyscy bohaterowie oprócz Alice zginęli, Wesker okazał się zdrajcą (co za niespodzianka), który wciąż współpracuje z Red Queen, a Alice nie odzyskała wszystkich mocy. Brakuje słów, by opisać, jak bardzo to wszystko nie ma sensu. Wesker mógł zabić Alice już w poprzednim filmie – choćby po prostu jej nie pomagając – jednak zamiast tego tracił czas, pieniądze i zasoby tylko po to, by ją zwabić i ostatecznie zdradzić. Reżyser zabija lubiane postacie poza ekranem, a ich los zostaje ograniczony do jednej linijki dialogu. I nie dlatego, że aktorzy byli niedostępni – wcielająca się w Jill Sienna Guillory przyznała, że nikt nawet nie zaproponował jej powrotu do roli. Oznacza to, że Anderson świadomie zdecydował się nie pokazywać dalszych losów bohaterów. Wróciła natomiast – bez wyraźnego powodu – Claire, której los w poprzednich filmach pozostawał niejasny.

Retcon
Później dowiadujemy się, że to Umbrella zaaranżowała epidemię, aby „oczyścić świat”, chociaż w pierwszym filmie jasno pokazano, że pandemia rozpoczęła się w wyniku próby kradzieży wirusa z laboratoriów. Nie wspominając nawet o tym, że przez pierwsze trzy części firma aktywnie próbowała powstrzymać rozprzestrzenianie się infekcji. Uważny widz mógłby w tym momencie zapytać: skoro Umbrella chciała doprowadzić do globalnej zagłady, to po co zbombardowała Raccoon City w drugiej części? Twórcy The Final Chapter zapobiegawczo przygotowali odpowiedź – w jednym z dialogów przemycono informację, że miasto zostało zbombardowane przez rząd. Może widzowie się nie zorientują. Acha, a cały plan Umbrelli polegał na zamrożeniu swoich włodarzy, aby po zakończeniu epidemii mogli wyjść z kriogenicznego snu i ponownie zaludnić Ziemię. Oczywiście wyłącznie „odpowiednimi” ludźmi. Scenariusz, oprócz gigantycznych dziur fabularnych, pozbawiony jest również jakiegokolwiek tematu przewodniego. Najpierw zostajemy rzuceni w nieznane miejsce, bez żadnego kontekstu. Później Alice trafia na Czerwoną Królową, a widz zostaje zasypany potokiem ekspozycji. Następnie film nagle zmienia się w podróbkę Mad Maxa – z wielkim, postapokaliptycznym pościgiem samochodowym. W ten sposób bohaterowie docierają do radioaktywnych zgliszczy Raccoon City. Ich celem jest dostanie się do środka Ula – podziemnej siedziby Umbrelli z pierwszej części. Pal licho, że ta instalacja została wcześniej wysadzona w powietrze, a leżące nad nią miasto wyparowało w wyniku ataku nuklearnego.

Potrząsanie kamerą
Paul W.S. Anderson lubi kopiować aktualne trendy. Nie inaczej jest i tym razem. Reżyser z rozmiłowaniem używa trzęsącej się kamery wypromowanej przez trylogię Bourne’a. Niestety, o ile tam było to działanie celowe – mające dodać scenom dynamiki i realizmu – tak tutaj wywołuje jedynie mdłości. Kiedy pięciosekundowa scena składa się z sześciu cięć, wspomaganych skaczącą we wszystkie strony kamerą wiesz, że coś jest nie tak. Można odnieść wrażenie, że do montażowni dostał się kot i zaczął biegać po klawiaturze. Andersonowi musiał też spodobać się Sherlock Holmes z Robertem Downeyem Juniorem, ponieważ „pożyczył” sobie sceny, w których złoczyńca wizualizuje w myślach przebieg walki jeszcze przed jej rozpoczęciem. Na samym końcu Anderson kopiuje najlepszego znanego sobie twórcę – samego siebie. Po raz kolejny akcja toczy się w Ulu i po raz kolejny bohaterka musi unikać śmiercionośnych laserów. Nieważne, że te sceny były już eksploatowane do znudzenia w kilku poprzednich odsłonach.
Koniec koszmaru
Z wyjątkiem pierwszej części cyklu, seria Resident Evil w reżyserii Paula W.S. Andersona przypomina gnijące zombie. Złych filmów na świecie było, jest i będzie wiele, jednak w przypadku tej serii trudno nie zadawać sobie pytania, jakim cudem zdobyła ona tak ogromną popularność. Każda kolejna część była gorsza od poprzedniej, scenariusze coraz bardziej ignorowały własną mitologię, a logika świata przedstawionego rozpadała się jak domek z kart. Mimo to filmy regularnie zarabiały setki milionów dolarów i doczekały się aż sześciu odsłon. Być może sekret tkwi w prostocie – widowiskowej akcji, rozpoznawalnej marce i charyzmatycznej Milli Jovovich, która przez lata stała się twarzą całej serii. Problem w tym, że nawet najbardziej efektowne sceny akcji nie są w stanie przykryć scenariuszowego bałaganu. Resident Evil: Ostatni rozdział miało być godnym zakończeniem wieloletniej historii, a zamiast tego okazało się jedynie kolejnym dowodem na to, że w świecie Resident Evil konsekwencja fabularna jest największym wrogiem twórców.




