Resident Evil: Welcome to Raccoon City – recenzja

Jednym z najbardziej pamiętnych momentów pierwszej odsłony gry Resident Evil było odnalezienie pamiętnika pisanego z punktu widzenia osoby przechodzącej infekcję T-wirusa. Pamiętnik rozpoczynający się opisem codziennej rutyny pracownika laboratorium Umbrella, pisany jest coraz bardziej nieskładnie i chaotycznie, aby pokazać postęp choroby autora. Ostatnie wpisy to już bełkot zakończony słowami „itchy, tasty”. Pamiętnik ten to idealna metafora najnowszej adaptacji popularnych gier z serii Resident Evil – film zaczyna się w przyzwoity sposób, jednak w miarę postępu zmienia się w coraz większy bełkot.

Po latach nieobecności Claire Redfield powraca do tytułowego Raccoon city, aby ostrzec swojego brata-policjanta przed nielegalnymi eksperymentami dokonywanymi przez rządzącą miasteczkiem korporację Umbrella. Brat jednak nie jest zainteresowany jej rewelacjami, uznając je za teorie spiskowe. W tym samym czasie w położonej w pobliżu miasta posiadłości dochodzi do zaginięcia dwójki policjantów, a całe miasto zostaje poddane kwarantannie.

Początek filmu jest naprawdę obiecujący. Zamiast szybkiego teledyskowego montażu znanego z adaptacji Paula W.S. Andersona możemy podziwiać inspirowane filmami Johna Carpentera długie niepokojące ujęcia. Niektóre z nich zostały wyraźnie zainspirowane rzutami kamery z gier. Do gier nawiązuje też sporo scen. Claire do miasteczka podwozi zadający hamburgera kierowca ciężarówki, a bohaterka do domu brata włamuje się, otwierając zamek wytrychem. Gdy bohaterowie trafiają do posiadłości, szybko zdobywają w niej klucze o znanych z gier kształtach. Takich nawiązań w filmie jest sporo – dużo z nich jest pomysłowych, jednak trafiają się także nachalne i niepotrzebne.
Pierwsze dobre wrażenie psuje casting. W szczególności rzucają się w oczy postacie Leona, Jill i Weskera. Żadne z nich nie przypomina wyglądem swoich odpowiedników. To jeszcze jest pół biedy, gdyż dobry aktor może zagrać wszystko, jednak całkowicie niezrozumiała jest decyzja o podmianie charakterów postaci. Jill została sprowadzona do stereotypowej kobiecej twardzielki, bez żadnej osobowości. Wesker, czyli demoniczny władca marionetek stojący za większością wydarzeń został luzakiem i duszą towarzystwa. Najgorzej jednak wypada Leon, który z jakiegoś powodu jest nieudolnym policjantem, wepchniętym na stanowisko dzięki protekcji. Brak mu nie tylko pewności siebie, ale i nawet inteligencji. Leon nie przypomina swojego odpowiednika z gier tylko jakąś postać ze stonerskiej komedii w stylu Harold i Kumar. Co ciekawe twórcy chyba czasami sami zapominają, jak napisali tę postać, gdyż w jednym momencie filmu Leon nie potrafi przeładować strzelby, jednak w innym strzela z bazooki niczym zawodowiec.

  The Thing - recenzja gry z 2002 roku

Scenariusz jest chaotyczny. Twórcy próbują połączyć wątki fabularne zarówno z pierwszej odsłony gry (posiadłość Spencerów) jak i drugiej (komisariat policji), dodając do tego także elementy pochodzące z remaku drugiej części i z RE: Code Veronica. Wszystkiego było jednak za mało, więc autorzy scenariusza dodali także własne wątki. Paradoksalnie działa to na niekorzyść filmu. Wątki są potraktowane po macoszemu, albo nie mają sensu w szerszej perspektywie. Bohater stoi w absolutnych ciemnościach. Udaje mu się dobyć zapalniczkę. Widzimy, że na wprost niego znajduje się zombie, który natychmiast zaczyna podążać w jego kierunku. Zapalniczka gaśnie. Po jej ponownym zapaleniu zombie jest o wiele bliżej. Gdy gaśnie po raz kolejny i zostaje zapalona…zombie znika, po to, by się pojawić za plecami naszego bohatera. Scena ewidentnie została ukradziona z jakiegoś filmu o duchach, jednak tam zapewne miała sens, a tutaj żadnego. Zombie po prostu idą w kierunku ofiary, aby ją zjeść, a nie bawią się w straszenie niczym klaun Pennywise.

Dialogi momentami wołają o pomstę do nieba. Claire widzi sąsiadkę brata mażącą coś krwią na szybie, po czym zadaje kuriozalne pytanie „…can i help you?”. Gdy Leon zostaje zapytany, co on w ogóle robi w policji, mówi, że sam nie wie… Wiele z dialogów to czysta ekspozycja, jednak to akurat można zrozumieć, gdyż twórcy chcieli, żeby dzieło było zrozumiałe dla ludzi, którzy nigdy nie grali w gry. Szkoda jednak, że dialogi są serwowane w tak niestrawny sposób.

Kolejnym kiepskim elementem są bardzo tandetne efekty specjalne. Ich poziom przywodzi na myśl jakąś starą produkcję telewizyjną. Końcowy boss wygląda jakby został wyrenderowany na PlayStation 1 w 1998 roku. Jest to bardzo dziwne, gdyż niesamowicie słabe efekty kontrastują z bardzo dobrą scenografią. Wygląd posiadłości i komisariatu został odwzorowany z dużym pietyzmem. Ciężko powiedzieć, czy za efekty odpowiadają partacze, czy producenci nagle zakręcili kurek z pieniędzmi i kazali posklejać film z niedokończonymi efektami.

Welcome to Raccoon City to film z niewykorzystanym potencjałem. Reżyser stara się jak może, aby stworzyć atmosferę zagrożenia i odtworzyć scenografię gier, niestety kiepski casting, wymuszone dialogi, przewidywalny scenariusz i tandetne efekty specjalne powodują, że film ten jest niewiele lepszy od poprzednich adaptacji Resident Evil. Zamiast tracić na niego czas i pieniądze, lepiej zagrać w jedną z odsłon kultowej serii.

Ocena 4/10

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *