Venom – recenzja

Eddie Brock jest popularnym reporterem telewizyjnym. W kolejnym odcinku swojego programu ma przeprowadzić wywiad z miliarderem Carltonem Drake (wypisz wymaluj Elon Musk), którego ostatnie przedsięwzięcie skończyło się katastrofą statku kosmicznego. Dziewczyna Eddiego jest prawniczką pracującą dla fundacji zarządzanej przez Carltona. W poszukiwaniu informacji Eddie włamuje się na jej komputer i dowiaduje się o pewnych niezbyt legalnych posunięciach fundacji. Wywiad zmienia się we wściekły atak Eddiego na milionera, co doprowadza do utraty pracy przez niego i jego dziewczynę, co w konsekwencji prowadzi do zerwania zaręczyn. Pół roku później Eddie zakrada się do siedziby fundacji, gdzie wchodzi w kontakt z kosmicznym symbiontem.

Jeśli ktoś się nie orientuje w obecnej sytuacji filmowo-komiksowej należą się szybkie wyjaśnienia. Na rynku panują obecnie dwa duże uniwersa komiksowe: DC i Marvel. Jednak wiele lat temu Marvel nie miał pieniędzy i sprzedawał prawa do swoich postaci. Spiderman i wszystkie związane z nim postacie trafiły do Sony, a X-men, Deadpool czy Fantastyczna czwórka do wytworni Fox. Włodarzom Sony marzy się stworzenie własnego uniwersum na wzór MCU, jednak nie da się stworzyć całego uniwersum, posiadając do dyspozycji jednego superbohatera. Mimo wszystko Sony próbuje, czego rezultatem jest film Venom, stawiający w roli głównego bohatera kultowego przeciwnika Pajączka. Co ciekawe, Sony jednocześnie próbuje sił wspólnie z MCU, użyczając postaci Spidermana do oficjalnych filmów Marvela.

Venom to film bardzo nierówny, w którym fajne momenty przeplatają się z głupimi, a nawet absurdalnymi. Co gorsza, tych złych jest nawet więcej niż dobrych, a mimo to film ogląda się nawet znośnie. Dlaczego? Dwa słowa: Tom Hardy.

Zacznijmy od scenariusza. Jak można domyślić się z opisu, odchodzi on nieco od tradycyjnej historii Venoma, pożyczając sobie jedynie pewne wątki z komiksów. Tak naprawdę ciężko ustalić, gdzie znajduje się główny bohater i chyba był to zabieg celowy. Może to być świat oderwany od uniwersum Marvela, a równie dobrze za chwilę może pojawić się ekipa Avengers. Niestety niezależnie od statusu filmu względem filmów MCU, fabuła jest nudna i usiana licznymi absurdami i niedopowiedzeniami. Film to tradycyjne origin story z całym tego bagażem. Zanim zawiąże się akcja, możemy się porządnie wynudzić. Jakby tego było mało, od samego początku atakują nas z ekranu nielogiczności. Symbionty muszą posiadać ludzkiego hosta, inaczej umierają. Nie tylko nie jest to zgodne z linią komiksów, ale także bez sensu. Dlaczego symbionty podłączają się tylko do jednych ludzi a innych nie? Albo zawiązanie akcji, czyli wywiad ze złowieszczym milionerem. Eddie jest reporterem (zakładamy wiec, że inteligentnym facetem), a jednak nie mając żadnych konkretnych podstaw, atakuje werbalnie człowieka, od którego zależny jest los jego i jego ukochanej. Robi to, nie mając w ręku nic oprócz nielegalnie podpatrzonych e-maili i prywatnej opinii, że to jest zły człowiek. Sama postać też jest prowadzona bardzo niekonsekwentnie. Eddie jest łagodny jak baranek i nie potrafi nawet iść powiedzieć sąsiadowi, że ten gra zbyt głośno na gitarze. Pod względem charakteru jest on typowym nerdem. A jednak w połowie filmu mamy scenę, w której jest on przywiązany do krzesła i jednemu z przesłuchujących go ludzi rozwala nos z główki, śmiejąc się przy tym opętańczo. Skąd to się wzięło? I nie, nie miał w tym momencie symbionta. Nie wspominając o tym, że gość o jest typowym nieudacznikiem, jednak jest grany Hardy’ego, który jest uosobieniem ekranowego twardziela i przystojniachy. Takich bezsensownych scen jest więcej.

  Death Note - recenzja filmu

Jeszcze gorzej jest ze scenariuszową dychotomią. W jednej scenie mamy odgryzanie głowy (!) po to, by za chwilę uraczyć nas żarcikiem rodem z filmów Marvela. Zupełnie jakby twórcy nie wiedzieli, w którą stronę iść.

Efekty specjalne są…niezbyt specjalne. Ot, standardowy pościg, kilka scen walki i typowa superbohaterska rozwałka po mieście. Standard. W czasach przesytu CGI ważne jest, aby zaprezentować coś wizualnie nowatorskiego, a film po prostu tego nie potrafi. Najciekawiej wyglądają sceny, w których symbiont demoluje przeciwników, wbrew woli Eddiego. Przypomina to trochę film Upgrade, gdzie głównym bohaterem sterował chip wszczepiony w jego głowę. Najgorsza jest finałowa walka, która jest jednym wielkim bałaganem. Wyobraźcie sobie sześciolatka bawiącego się dwoma ludzikami z plasteliny. Tragedia. Tragiczne jest też aktorstwo. Dziewczyna Brocka wygląda, jakby cierpiała na permanentne zatwardzenie, a główny przeciwnik to po prostu żart castingowy. Ostatnio tak niedopasowanego głównego przeciwnika widziałem w Szklanej Pułapce 4.

Wszystko to nie wygląda zbyt dobrze, na szczęście jest jedna rzecz, która ratuje cały film. Występ Toma Hardego to prawdziwa perełka. Podobnie jak cały film kreacja Toma jest dziwna, a jednak mimo wszystko nie sposób oderwać od niego oczu. Hardy próbuje wszystkiego, niektóre sceny niebezpiecznie zbliżają się do kampu, jednak granica ta nigdy nie zostaje przekroczona. Hardy dobrze wypada w scenach komediowych, jak i dramatycznych. Zgrabiona sylwetka i nerwowe ruchy, jakby cierpiał na natręctwa, odbiegają od wizerunku skupionego milczka, do którego nas przyzwyczaił. Jednak najlepsze są momenty, w których Hardy rozmawia z symbiontem. Te fragmenty przypominają dobry buddy movie. Z pozytywów należy też wymienić tytułową postać, która wygląda bardzo dobrze. Venom jest wielki i groźny, czyli dokładnie taki jak w komiksach. Szkoda tylko, że czasami wychodzi śmiesznie a nie strasznie, jak w scenie ze zwiastuna, w której Venom grozi oprychowi odgryzieniem rąk i nóg, a następnie porzucenie go na ulicy żeby się toczył niczym “gówno na wietrze”.

  Recenzja gry Harvester z 1996

Gdyby nie Hardy, film trafiłby na filmowe śmietnisko, jednak aktor niczym mitologiczny Atlas niesie cały film na swoich barkach. Aż szkoda, że jego poświecenie jest zmarnowane bełkotliwym scenariuszem, słabym przeciwnikiem i kiepskimi scenami akcji. Osobiście chętnie zobaczyłbym kolejne wcielenie Brocka. Obojętnie czy jako przeciwnika dla Spidermana, czy jako bohatera ratującego miasto, gdyż postać ta zasługuje na lepszy film. Autorzy niczego nie wykluczają, a scena po napisach sugeruje, że następny w kolejce kultowych przeciwników może być psychopata Carnage.

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Twitter
  • Wykop

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*