Filmowe adaptacje gier wideo przez lata cieszyły się raczej złą sławą. Niewiele z nich potrafiło oddać ducha oryginału, a jeszcze mniej zdobywało uznanie widzów. Na tym tle „Mortal Kombat” z 1995 roku wyróżnia się jako jedna z pierwszych naprawdę udanych prób przeniesienia gry na duży ekran. Choć od premiery minęło już wiele lat, produkcja wciąż budzi sympatię fanów i stanowi ważny punkt odniesienia dla kolejnych ekranizacji.
Fabuła Mortal Kombat
Raz na pokolenie odbywa się turniej sztuk walki pomiędzy przedstawicielami Ziemi a wysłannikami zaświatów. Jeśli ci drudzy wygrają dziesięć razy z rzędu, ich przywódca – imperator Shao Kahn – za pozwoleniem Starych Bogów będzie mógł najechać i podbić nasz świat. Do tej pory zwyciężyli dziewięć razy, więc nadchodzący turniej zadecyduje o losach Ziemi. Bóg piorunów Raiden osobiście wybiera reprezentantów: mnicha Liu Kanga, gwiazdora kina akcji Johnny’ego Cage’a oraz agentkę sił specjalnych Sonyę Blade. Każde z nich ma własny powód, by wziąć udział w śmiertelnej rywalizacji – od zemsty, przez potrzebę udowodnienia swojej wartości, po osobiste śledztwo. Bohaterowie trafiają na tajemniczą wyspę należącą do czarnoksiężnika Shang Tsunga, gdzie rozpoczyna się walka o najwyższą stawkę.

Efekty i obsada
Mimo upływu lat „Mortal Kombat” wciąż ogląda się z dużą przyjemnością. Efekty specjalne nie robią już takiego wrażenia jak kiedyś, ale w większości pozostają akceptowalne, a momentami mają wręcz urok charakterystyczny dla kina lat 90. Aktorstwo – jak na film oparty na grze o bijatykach – stoi na zaskakująco dobrym poziomie. Szczególnie wyróżniają się Cary-Hiroyuki Tagawa jako Shang Tsung oraz Trevor Goddard w roli Kano. Ich interpretacje były na tyle przekonujące, że wpłynęły na późniejsze przedstawienie tych postaci w samej serii gier. Tagawa stworzył kreację niemal ikoniczną – sposób, w jaki wypowiada kwestie takie jak „Finish Him” czy „Flawless Victory”, do dziś wywołuje dreszcze.
Dobrze wypada również Christopher Lambert jako Raiden, choć część widzów krytykowała wybór aktora niepasującego etnicznie do pierwowzoru. Najsłabiej prezentuje się Bridgette Wilson-Sampras jako Sonya Blade – widać, że sceny walki nie są jej mocną stroną. Warto jednak pamiętać, że aktorka dołączyła do projektu w ostatniej chwili, zastępując Cameron Diaz po jej kontuzji.
Wejście smoka
Scenariusz filmu wyraźnie czerpie inspirację z „Wejścia smoka” – mamy tu turniej na odizolowanej wyspie, tajemniczego gospodarza i bohatera kierującego się chęcią zemsty. Podobieństwa są oczywiste, ale trudno mówić o bezpośrednim zapożyczeniu, ponieważ twórcy adaptowali już istniejący materiał źródłowy. Nie oznacza to jednak, że film jest wolny od wad. Najbardziej rzuca się w oczy niespójność w przedstawieniu Sonyi Blade – początkowo silnej i niezależnej, pod koniec sprowadzonej do roli klasycznej „damy w opałach”.

Ścieżka dźwiękowa
Ogromnym atutem produkcji jest ścieżka dźwiękowa. Energetyczny soundtrack świetnie podkreśla dynamikę walk i buduje klimat całego filmu. Utwór „Techno Syndrome” zespołu The Immortals stał się prawdziwym fenomenem popkultury – choć powstał wcześniej, dopiero dzięki filmowi zdobył globalną popularność i do dziś jest jednoznacznie kojarzony z marką „Mortal Kombat”.
Podsumowując, „Mortal Kombat” z 1995 roku to solidne, efektowne kino akcji, które mimo upływu czasu wciąż potrafi dostarczyć rozrywki. Ma swoje niedoskonałości – głównie w scenariuszu i efektach specjalnych – ale nadrabia je klimatem, muzyką i charyzmatycznymi kreacjami aktorskimi. To jedna z najlepszych adaptacji gier wideo, jaka powstała w latach 90., i film, który dla wielu fanów pozostaje kultowy. Tym bardziej szkoda, że jego kontynuacja nie dorównała poziomem pierwowzorowi, stając się przykładem zmarnowanego potencjału.
Mortal Kombat: Annihilation (Mortal Kombat: Unicestwienie) – recenzja

