Spiderman: Homecoming, recenzja filmu

W 2000 po kilku latach oglądania na ekranie dziadowskich ekranizacji komiksów (Steel, Spawn) dostaliśmy jedną z lepszych adaptacji komiksów – Spider-Man Sama Raimiego. Film, który tkwił w piekle developmentu przez kilka lat (przy scenariuszu maczał palce sam James Cameron) w końcu się ukazał i wielokrotne przeróbki scenariusza, nie poszły na marne. Film był świetną rozrywką, także dla tych, którzy wcześniej z komiksami nie mieli do czynienia. Mineły dwa lata. Reżyser miał ciężkie zadanie, aby pobić własne dzieło, ale dokonał tego. W mojej prywatnej opinii Spider-Man 2 to obok The Dark Knight jedna z najlepszych adaptacji komiksów. Cudowna mieszanka historii superbohatera wymieszana z operą mydlaną, przyprawione sporą dawką niewymuszonego humoru, napakowane po brzegi akcją i niezapomnianymi scenami. Na dodatek efekty specjalne, przy których pracował legendarny Stan Winston, prawie się nie zestarzały i do dziś potrafią zrobić wrażenie zarówno rozmachem, jak i pomysłowością. Niestety nie udało się powtórzyć tej magii po raz trzeci. Spider-Man 3 to zmarnowany potencjał. Zbyt dużo przeciwników, zbyt absurdalny humor i zbyt dużo dziur logicznych w fabule. Na dodatek film został pogrzebany przez casting – do roli największego przeciwnika pajączka, czyli Venoma wybrano Tophera Grace. Aktor ten nigdy nie zachwycał swoim warsztatem a na dodatek, ze swoją delikatną urodą i manierą nie pasował w ogóle do roli groźnego Eddiego Brocka. Włodarze studia anulowali 4 część będącą w przedprodukcji. Jednak aby nie utracić praw autorskich (według umowy postać Spidermana należała do Sony, jeśli co kilka lat lat będą kręcić filmy) szybko postanowiono zrobić reebot. „The Amazing Spider-man” to niestety porażka. Reżyser mimo, iż starał się uciec od dokonań poprzednika, zrobił praktycznie ten sami film. Nawet słynne „z wielką mocą idzie wielka odpowiedzialność” zostało powtórzone w nieco innej formie. Studio niezrażone, szybko nakręciło sequel. Tym razem wyszło jeszcze gorzej, mieliśmy absurdalne efekty specjalne i przerysowanych wrogów. Sony w końcu się zniechęciło i postanowiło dogadać się z Marvelem. W ten sposób Spiderman trafił do MCU.

Spiderman: Homecoming monument Waszyngtona

Debiut był krótki, ale nad wyraz udany. Bitwa na lotnisku z Wojny Bohaterów jest jedną z najbardziej pamiętnych scen MCU, a wystąp pajączka, był wisienką na torcie. Z filmu niewiele dowiadujemy się o Peterze, ale informacje, które otrzymujemy, pokazują, że Marvel postanowił wszystko wywrócić na nice. Peter jest o wiele młodszy, podobnie jak jego ciotka, która nie jest już siwą staruszka, lecz atrakcyjną kobietą. Peter otrzymuje kostium od Tony’ego Starka. I co najważniejsze nie musimy oglądać po raz kolejny, że wielka moc to wielka odpowiedzialność, ani kolejnego ugryzienia przez pająka. Większość tego, co oglądaliśmy do tej pory, poszło do kosza, celem odświeżenia skostniałej formuły. Niestety jest to broń obosieczna.

READ  Mother! - o co tak naprawdę chodzi w tym filmie?

Film zaczyna się od swoistej retrospekcji, w formie zapisu z komórki Petera, który nagrywał sobie całą akcję na lotnisku z poprzedniej części i przygotowania do niej. Niestety scena ta jest po prostu zbyt hermetyczna i osoba, z którą byłem w kinie, a która nie oglądała „Wojny Bohaterów”, była zdezorientowana. Następnie przechodzimy do wydarzeń od razu po poprzednim filmie. Tony odwozi Petera do domu i każe mu czekać na telefon. Peter oczywiście nie ma zamiaru czekać i po prostu na własną rękę zaczyna łapać przestępców, czekając na dużą okazję, dzięki której będzie mógł się wykazać przez Tonym Starkiem i zostać członkiem Avengers. W tym samy czasie obserwujemy poczynania niejakiego Adriana Toomesa, granego przez Michaela Keatona. Wiele lat wcześniej był on szefem firmy budowlanej, która zajmowała się sprzątaniem bałaganu po „incydencie” (wydarzenia z filmu Avengers). Niestety kosmici pozostawili po sobie sporo pozaziemskiej technologii, więc jego firma zostaje odsunięta od prac porządkowych, na rzecz facetów w czerni, co powoduje jego problemy finansowe. Jednak okazuje się, została mu jedna ciężarówka wypełniona pozaziemskimi odłamkami. Z pomocą tych elementów buduje on latający strój. Dodatkowo z innych elementów produkuje też potężną broń, którą sprzedaje rozmaitym przestępcom. Jak można się domyślić, jego ścieżka wkrótce się skrzyżuje z młodocianym człowiekiem pająkiem.

Spiderman: Homecoming Spiderman i Iron Man

Teraz dwa najważniejsze pytania, czy jest to dobry film i jak wypada na tle poprzednich odsłon? No cóż, według mnie Spiderman: Homecoming jest całkiem dobrym filmem. Jednak na tle dwóch pierwszych Spidermanów pozostaje daleko w tyle. Jest na pewno lepszy od dwóch odsłon z Garfieldem oraz Spidermana 3, jednak nie jest w stanie zbliżyć się do poziomu dwóch odsłon Sama Raimiego. Dlaczego? Jak już wspomniałem inność filmu to miecz obosieczny. Marvel próbował już przymiarek do różnych gatunków filmowych. Mieliśmy dramat szekspirowski w Thorze, mieliśmy film szpiegowski w Kapitanie Ameryka. Tutaj dostajemy, szkolną komedię w stylu Johna Hughesa. Jednak aby taki film się udał, potrzebujemy pełnowymiarowy drugi plan. Tymczasem film nas serwuje galerię postaci wyciętych z kartonu. Każdy ze szkolnych znajomych Petera to jednowymiarowy chodzący stereotyp. Mamy Flasha Thomsona, który jest żywcem przeniesiony z dowolnej powieści Stephena Kinga, czyli szkolnego drania, który całą swoją egzystencję wydaje się poświęcać na gnębienie słabszych. Mamy obiekt westchnień głównego bohatera, która to jest ładną dziewczyną i…nic poza tym. Mamy przyjaciela głównego bohatera, który ma być klasycznym comic relief. Jedyną postacią, która miała potencjał na bycie czymś więcej, była Zendaya grająca mizantropiczną Michelle. Postać ta niczym Bill Murray serwowała co chwila jakaś sarkastyczną uwagę, jednak wątek tej postaci zmierzał donikąd. Większość przeciwników to tępe osiłki, z wyjątkiem Sępa granego przez Michaela Keatona, który dostał nieco bardziej skomplikowaną postać i ze swojego dosyć słabego materiału zbudował ciekawą postać.

READ  Shot Caller - recenzja filmu z 2017

Kolejnym zarzutem jest zbytnia „marvelowatość”. Film ucieka jak najdalej od poprzednich odsłon, jednocześnie popadając w rutynę scenariuszową znaną z innych filmów MCU. Dramatyczna sytuacja – żarcik dla rozładowania napięcia, dramatyczna sytuacja – żarcik dla rozładowania napięcia… To jeszcze nie byłoby takie złe, gdyby nie to, że te żarty się robią powtarzalne. Na początki filmu Tony Stark mówi młodemu Parkerowi, żeby w razie konieczności kontaktował się z Happy Hoganem ochroniarzem/szoferem Tony’ego. Żart ma polegać na tym, że Peter dzwoni do Happy’ego dowiadywać się czy Avengers nie mają dla niego jakiegoś zadania, na co Happy reaguje irytacją i próbą jak najszybszego rozłączenia się. Średnio śmieszne. Jednak autorzy uznali że żart ten jest taki fajny iż został powtórzony pięć razy w ciągu całego dwugodzinnego filmu(!). I za każdym razem był coraz bardziej nieśmieszny. Podobnie jest z najlepszym przyjacielem Petera, który ciągle go próbuje wciągnąć w dyskusje na temat mocy Spidermana.

Spiderman: Homecoming Peter rozmawia z Tonym

Zanim film wyszedł na ekrany, pojawiła się kontrowersja z obsadzeniem roli Mary Jane (na razie nie wiadomo, kim tak naprawdę jest ta osoba, ale przedstawiła się jako MJ) przez ciemnoskórą aktorkę. Tego typu zarzutu mnie śmieszą, gdyż kolor skóry nie powinien mieć większego znaczenia, przy graniu postaci fikcyjnych. Ważne jest dobre aktorstwo, a nie ilość melaniny w organizmie. Jednak włodarze MCU, mimo iż dokładnie takiego samego argumentu używali, broniąc swojej decyzji obsadowej, strzelili sobie w stopę, tworząc jedną z dziwniejszych scen w filmie. Chodzi o wycieczkę do Monumentu Waszyngtona, gdzie bohaterka grana przez Zendayę, odmawia wejścia do „obiektu postawionego przez niewolników”. Abstrahując od historycznej niedokładności, dziwi mnie takie podejście, najpierw bronienie się przed kojarzeniem filmu z polityką, a następnie wciskanie w usta bohaterki kwesti, która pasuje do jakiejś działaczki Black Lives Matter.

Sam scenariusz jak już wspominałem, próbuje naśladować wczesne dokonania Johna Hughesa. Jednak wychodzi to dosyć nieporadnie. Sam wątek Peter-Tony, czyli relacja ojcowsko-synowska jest poprowadzony poprawnie, nasz bohater wewnętrznie dojrzewa z chęci dołączenia do starszych kolegów, do naszego lokalnego przyjacielskiego Spidermana działającego na własną rękę. Jednak droga, jaką przechodzi w tym celu, jest napisana na poziomie młodzieżowego serialu w stylu Nastoletni wilkołak lub Riverdale„. Po prostu kilkukrotnie ogrywany jest ten sam schemat, w którym Peter się do czegoś zobowiązuje i nagle nieoczekiwanie pojawia się zadanie dla Spidermana. Dokładnie to samo widzieliśmy w prawie każdym poprzednim Spidermanie, z tym że tam chodziło o randkę lub wizytę w teatrze, a tutaj o szkolną dyskotekę, lub konkurs wiedzowy.

READ  Zawód gangster - recenzja filmu z 2007

Spiderman: Homecoming Zendaya Coleman jako Michelle MJ

Ostatnim, do czego się przyczepię to strona wizualna. Oczywiście wszystko jest na swoim miejscu, jednak brakowało mi nieco takiej popisowej sceny, która zostaje na dłużej w pamięci. Walka z Octaviusem w banku, czy fenomenalne zatrzymanie pędzącego pociągu w „Spider-man 2”. Albo scena walki na lotnisku z „Wojny Bohaterów”. Tutaj nie mamy nic takiego. Domyślam się, że taką sceną miało być przecięcie promu i próba ratowania pasażerów, ale jakoś specjalnie ta scena na mnie nie zrobiła wrażenia. Końcowa walka na samolocie to już ordynarne CGA, na dodatek słabej jakości. Bardzo to dziwne, gdyż w Marvelu zawsze dbano w wizualną stronę. Spiderman Homecoming Michael KeatonNa szczęście pozostałe elementu są dobre, jeśli nie bardzo dobre. 21-letni Tom Holland jest rewelacyjny w roli 15-letniego Petera Parkera. Próbkę możliwości widzieliśmy już w Wojnie Bohaterów”. Tutaj także wnosi w rolę dużo energii i nie wątpie, że zostanie pajączkiem na dłużej. Marisa Tomei radzi sobie świetnie w roli ciotki May. Robert Downey Jr. jest jak zawsze bezbłędny, chociaż po tylu latach grania tej samej postaci, przypuszczam że jedzie już na autopilocie. Oprócz wielu ogranych do bólu żartów w filmie jest kilka naprawdę zabawnych sytuacji, na czele ze sceną kupowania kanapek w lokalnym sklepiku. Ogólnie widać, że ludzie, którzy pracowali przy filmie, włożyli sporo pasji w swoje dzieło, niestety ich pracy ktoś nadał zły kierunek. Jestem pełen nadziei, że te błędy zostaną wyeliminowane w nadchodzącym Avengers: Wojna bez granic i w kolejnym solowym filmiku o pajączku.

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Twitter
  • Wykop

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*