Recenzja miniserialu To Stephena Kinga z 1990

Stephen king To okładka DVD
Stephen king To okładka DVD
W kinach tryumfy święci nowa adaptacja „To” Stephena Kinga. Jest ona zarówno komercyjnie, jak i krytycznie wielkim sukcesem. W tych okolicznościach warto przyjrzeć się starszej wersji z 1990. Czy jeden z bardziej przerażających horrorów z lat 90 nadal potrafi przestraszyć?
Czy te oczy mogą kłamać?

Historia toczy się dwutorowo, zaczyna się w czasach współczesnych i jest przeplatana retrospekcjami z dzieciństwa bohaterów. Na wieść o morderstwach dzieci w swoim mieście, lokalny bibliotekarz Mike Hanlon wzywa swoich starych przyjaciół, którzy dawno temu wyprowadzili się z miasteczka. Robi to, ponieważ zaczyna podejrzewać, że nękający jego miasto zabójca jest tajemniczą istotą, którą nazywali „To”. Istota ta objawia się ludziom w formie klauna o imieniu Pennywise (Tim Curry). Mike’owi z przyjaciółmi udało się To pokonać trzydzieści lat wcześniej i przysięgli sobie, że jeśli To kiedykolwiek pojawi się, wszyscy wrócą do Derry, aby ponownie z nią walczyć. Po rozmowie telefonicznej każdy z jego przyjaciół przypomina sobie trudne dzieciństwo i okropności jakie spotkały go z ręki klauna.

Gang „frajerów” w wersji dziecięcej i dorosłej

Mini serial cechuje swoisty dualizm. O ile wszystkie retrospekcje pod względem aktorskim są bezbłędne, tak cześć z dorosłymi aktorami wola o pomstę do nieba. Historia dzieciństwa głównych bohaterów jest też o wiele bardziej interesująca. Młodzi aktorzy są tak naturalni, że prawie czujemy, jakbyśmy byli jednym z nich. Każdy z nich musi zmierzyć się z innymi lękami, każdy z nich reaguje inaczej. Oprócz zmagania z klaunem doświadczają też oni przemocy ze strony szkolnych osiłków, jak i dorosłych, na których klaun zdaje się mieć jakiś wpływ. Pomaga nam to zrozumieć, w jaki sposób zawiązała się przyjaźń między nimi. Widzimy prawdziwe poczucie wspólnoty i przyjaźni w klubie „frajerów”, a młodzi aktorzy wspaniale nam to sprzedają. Gorzej, kiedy na scenę wkraczają ich dorosłe odpowiedniki. Nie widać tej chemii, ciężko nam uwierzyć że to wciąż ci sami ludzie. Dziwi mnie to bo dorośli aktorzy to ludzie ze sporym doświadczeniem aktorskim i mieli bardzo ciekawy materiał do zagrania. Ich cześć to opowieść o konfrontacji z traumami dzieciństwa i o tym jak te te przeżycia wpłyneły na całe ich życie. Niestety aktorzy nie wykorzystują potencjału tkwiącego w ich scenach. Jedynym wyjątkiem z dorosłych aktorów jest klaun Pennywise w wykonaniu Curry’ego, który w obu liniach czasowych jest równie fascynujacy i przerażający.

  Jeszcze więcej ciekawostek z filmu Avengers: Infinity War
Pennywise może pojawić się dosłownie wszędzie

No właśnie, Tim Curry. Każdy, kto widział go w jakiejkolwiek roli, wie jak bardzo, on lubi szarżować. Nieważne czy gra transwestytę, czy władcę piekieł. Nawet jako aktor głosowy w grze musiał on przesadzić ze swoim akcentem. Taka już jest jego natura, a rola Pennywise to prawdopodobnie jego życiowe osiągniecie (aczkolwiek fani „Rocky Horror” się ze mną nie zgodzą). Nawet kiedy nie robi on nic złego, i tylko się wygłupia patrząc na niego mamy ciarki na plecach. Bez wątpienia jego występ niesie na plecach całą ekranizację. Planowo wygląda klauna, miał być nieco inny a aktor miał nosić sporo protetyki na twarzy, jednak Curry przekonał reżysera do tego, żeby ten element ograniczyć do minimum. Efekt był na tyle przerażający, że ekipa filmowa unikała Tima, kiedy było on w pełni ucharakteryzowany. Podczas sceny, w której Georgie sięga do kratki ściekowej po swoją łódeczkę, musiano przerwać kręcenie, kiedy chłopiec naprawdę wystraszył się Curry’ego łapiącego go za rękaw.

Najlepszy powód aby obejrzeć ten film

Warto też wspomnieć, że film rzadko próbuje nas wystraszyć klasycznym „BUUU!!”. Zamiast tego mamy powolne budowanie napięcia przez pomysłowe sceny. Próba straszenia nas zwykłymi przedmiotami to bardzo charakterystyczna cecha twórczości Kinga a tutaj tego nie brakuje. Jesteśmy straszeni balonami, ciasteczkami z wróżbą czy szkolnymi prysznicami. I jak dziwnie by to nie brzmiało, sceny te działają. Warto tu wspomnieć też, że twórcy zrezygnowali z gore. Początek filmu to zabójstwo brata jednego z głównych bohaterów, poprzez wyrwanie mu ręki. Jednak na ekranie zostało to jedynie zasugerowane. Dzisiaj te sceny to trochę taki horror PG-13. Samo zakończenie to jedno z bardziej rozczarowujących zakończeń filmowych w historii. Po emocjonującej walce z klaunem, dostajemy coś rodem z najtańszego filmu SF. King z drobnymi wyjątkami nie umiał pisać satysfakcjonujących zakończeń, a „To” ma jedno z najgorszych. Filmowcy chcieli je lekko zmienić i wyszło jeszcze gorzej. Co ciekawe była to w swoim czasie jedna z najdroższych produkcji telewizyjnych. Budżet zamknął się w kwocie 12 milionów dolarów, co przeliczeniu na dzisiejsze realia daje ponad 20 milionów. Dla porównania IT z 2017 roku kosztował 30 milionów. Oglądając zakończenie, można się zacząć zastanawiać, gdzie te pieniądze poszły, bo na pewno nie na plastikowo-gumowego potwora, który wygląda, jakby zrobił go Wardęga do jednego ze swoich pranków. W produkcji jest już druga część i ciekawi czy twórcy będą próbowali iść śladem Kinga, czy wymyślą coś innego.

  Den of Thieves (Skok Stulecia) - Szybka recenzja
Ikoniczna scena z początku filmu została pozbawiona brutalności.

IT z 1990, mimo licznych wad, wciąż ogląda się z przyjemnością. Dla widza przyzwyczajonego do współczesnych efektów specjalnych niektóre mogą wywołać uśmiech politowania, ale wszystkie sceny, które powinny trzymać w napięciu, nadal to robią. Młodzi aktorzy świetnie sprawdzają się w roli społecznych wyrzutków. Odbiór filmu psują nieco dorośli aktorzy, ale nie na tyle, żeby całkowicie zniechęcić do oglądania. Zresztą wszystkie te wady równoważy fenomenalny występ Tima Curry’ego. Warto też obejrzeć ten film dla porównania jak budowało się napięcie w horrorach kiedyś a jak teraz.

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Twitter
  • Wykop

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*