Death Note, recenzja nowego filmu Netflixa

Death Note to 37 odcinkowy serial, uznawany za jeden z najlepszych anime w historii. Fabuła opowiada o młodym, bardzo uzdolnionym chłopaku z dobrej rodziny, o imieniu Light, w którego ręce wpada tytułowy Notatnik Śmierci. Jeśli zapiszemy w nim czyjeś imię i sposób, w jaki umrze, osoba ta umiera w dokładnie takich okolicznościach. Light zaczyna przy pomocy notatnika zabijać przestępców, a kiedy władze zwracają uwagę na zwiększoną liczbę podejrzanych zgonów, do akcji wkracza detektyw „L”, który jest kimś w rodzaju autystycznej wersji Szerloka Holmesa. L szybko wpada na trop zabójcy i zaczyna się zabawa w kotka i myszkę. Cała historia zamyka się w 37 odcinkach. Czy Neflixowi udało się zrobić dobrą ekranizację?

Death Note anime vs film
Plamat promujący produkcję Netflixa i okładka DVD serialu.

Szybka odpowiedź-nie. Nie da się zmieścić blisko 40 półgodzinnych epizodów w niewiele ponad półtoragodzinnym filmie, więc fani anime nie będą zadowoleni. A co z samym filmem oderwanym od swojego japońskiego odpowiednika? No cóż, nie jest wcale tak źle, ale jak to mówią: d*** nie urywa.

Zacznijmy od pozytywów. Zdjęcia są bardzo ładne, towarzyszy im niezła muzyka no i na dokładkę mamy fenomenalnego Willema Dafoe w roli demona – opiekuna notatnika. Podobała mi się też fantazja w pokazywaniu super brutalnych śmierci, aczkolwiek tutaj troszkę twórców poniosła wyobraźnia. Jeszcze nie słyszałem o eksplozji głowy, w wyniku porażenia prądem. Niestety, inne aspakty filmu są dużo gorsze. Sam scenariusz, chociaż powybierał najciekawsze wątki z serialu, obrał też wiele skrótów. Prosiłoby się o jakieś dodatkowe 10 minut materiału, który by nam pokazał w lepszy sposób motywacje kierujące postaciami. W serialu mieliśmy wytłumaczone bardzo logicznie, dlaczego dana osoba zachowuje się tak, a nie inaczej. Widać też okropne skróty fabularne i jako przykład posłużę się tu pierwszym spotkaniem z demonem. Light zostaje w „kozie” po lekcjach i wtedy mu się objawia demon. Wejście demona poprzedzone jest zagrywką rodem z horrorów – światło przestaje działać, podmuch wiatru roznosi papiery po całej sali, po chwili przewracają się meble i ławki. Zaraz po tej scenie bohater wraca do domu i temat nigdy więcej nie wraca, chociaż ostatnie ujęcie pokazało na kompletnie zdemolowaną salę. Czy nikt w szkole się nie zainteresował, dlaczego pracownia chemiczna, w której za karę siedział uczeń, jest w takim stanie? Trochę boli mnie też zmarnowany potencjał detektywa L. W anime była to genialna postać i wiedzieliśmy o tym, bo wszystko było odpowiednio pokazane. A tutaj mamy tajemniczą postać w masce na miejscu masakry, która po prostu chodzi i ogląda ciała. I jak widz, który nie zna anime ma teraz brać za pewnik, że to jest bardzo inteligentna postać? Jego dedukcja też obiera duże skróty. No bo skąd niby wniosek o tym, że zabójca musi znać imię i widzieć twarz zabijanej osoby? Można by mnóstwo innych wspólnych cech przypisać zabijanym osobom. Wygląda jakby L miał po prostu szczęście, a nie wywnioskował to dzięki swej dedukcji.

  Szybka recenzja - Nago od Netflixa
Willem Dafoe aktor
Nie oszukujmy się, Willem Dafoe może grać demona bez żadnego makijażu czy CGI.

Warto też wspomnieć o aktorstwie głównego bohatera. Nastąpiła tutaj straszna pomyłka przy castingu. Nat Wolff nie nadaje się do tej roli. Nie mówię tu o słynnej zmianie koloru skóry bohaterów, bo mnie to nie obchodzi, mówię tu o zdolnościach aktorskich. Na zmianę jest on zbyt drewniany i rozhisteryzowany. Jego aktorka indolencja szczególnie rzuca się to w oczy w wspólnych scenach z Dafoe. Nieco lepszy jest Keith Stanfield w roli L. W roli ojca Lighta występuje Shea Whigham, znany najbardziej z Boardwalk Empire i tutaj do gry aktorskiej nie mam żadnych zastrzeżeń. Mamy też partnerkę głównego bohatera, która jest nudna, że nawet nie chce mi się sprawdzać jej imienia na IMDB.

Nat Wolff
Nat Wolff jak Light i jakaś losowa dziewczyna w roli femme fatale.

Niestety reżyseria filmu leży, cały oraz nie trzyma tempa. Po niezłym wstępie środek filmu wypełniony jest śledztwem, po czym następuje gwałtowne cięcie i nagle wszystko wywraca się do góry nogami. Końcówka filmu sprawia wrażenie, jakby scenarzyści napisali połowę skryptu, ktoś przyszedł i powiedział „macie jeszcze 10 minut czasu ekranowego, żeby zmieścić resztę”. I tak zrobili, końcówka to istny maraton raptownie poucinanych wątków. Tempo strasznie nie pasuje do reszty i psuje odbiór. Na dodatek końcówka jest skonstruowana, pod sequel. (i nie, daję głowę że to się nie stanie)

Keith Stanfield
Keith Stanfield jako Detektyw L.

Notatnik Śmierci to niezły film z potencjałem zmarnowanym przez obieranie fabularnych skrótów. Dziwi mnie ta decyzja Netflixa, przecież film nie trafia do dystrybucji kinowej i nie trzeba było tak ściśle pilnować czasu. Bardzo szkoda, że nie zrobiono z tego miniserialu, materiału byłoby na kilka trzymających w napięciu odcinków, a widzowie by lepiej wiedzieli, dlaczego pewne rzeczy się dzieją. Nawet 10 do 20 minut materiału bardzo by poprawiło ten film. Miejmy nadzieję że doczekamy się wersji reżyserskiej, która nieco rozbuduje pewne wątki, bo na razie potencjał tkwiący w Notatniku Śmierci został zmarnowany.

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Twitter
  • Wykop

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*