007 First Light – recenzja

Na przestrzeni ponad czterech dekad Agent 007 pojawił się w kilkudziesięciu grach, jednak tylko nieliczne z nich zdobyły status klasyków. GoldenEye 007, Nightfire czy Everything or Nothing do dziś uchodzą za wzór tego, jak przenieść przygody najsłynniejszego szpiega świata do medium gier wideo. Problem w tym, że te tytuły mają już blisko trzy dekady. Od tamtej pory marka Bonda nie doczekała się produkcji, która na dłużej zapisałaby się w pamięci graczy. 007 First Light ma ambicję to zmienić, stawiając na zupełnie nową historię i własną interpretację początków kariery Jamesa Bonda.

Fabuła

Młody członek brytyjskiej jednostki SAS jako jedyny z oddziału przeżywa zasadzkę terrorystów podczas operacji ratunkowej na Islandii. Żołnierz nie tylko krzyżuje plany zamachowców, ale i ratuje przetrzymywanych przez nich zakładników. Brawurowa akcja wzbudza zainteresowanie MI6, która szybko wciela go do nowej wersji programu „00”. Kilka miesięcy później zespół, w którym pracuje Bond, otrzymuje zadanie zatrzymania byłego agenta 009. Akcja okazuje się jednak pułapką, w wyniku której większość członków drużyny ginie.

Twórcy z IO Interactive postawili na historię, która nie jest adaptacją żadnego z filmów ani powieści. 007 First Light przedstawia oryginalną wizję początków kariery Jamesa Bonda, ukazując go jako młodego, ambitnego i wciąż nieco nieokrzesanego agenta, który dopiero musi zasłużyć na swój legendarny numer. Fabuła jest poprawna, choć do bólu przewidywalna. Tożsamości głównego złoczyńcy można się domyślić zaledwie 10 sekund po jego pojawieniu się na ekranie. Bo chyba nikt nie dał się nabrać, że tak mocno promowany w zapowiedziach Lenny Kravitz będzie jedynie postacią poboczą, a nie głównym antagonistą Bonda?

Oprócz niego na ekranie pojawia się cała galeria pobocznych postaci: od mentora Bonda, poprzez jego zwierzchniczkę i wsparcie w postaci Moneypenny, aż po współpracującą bądź konkurującą z nim agentkę. Niestety, żadna z nich nie zapada na dłużej w pamięć. Nawet „Q”, którego słowne utarczki z Bondem były zawsze jednym z najzabawniejszych elementów filmowej serii, tutaj wydaje się mdły. Q przekazuje Bondowi gadżet, James go przyjmuje, testuje i wyrusza na misję. Pozostaje mieć nadzieję, że jeśli dojdzie do kontynuacji, te relacje zostaną odpowiednio dopracowane.

Pod względem aktorstwa 007 First Light wypada bardzo solidnie. Największe wrażenie robi Patrick Gibson (Dexter) w roli młodego Bonda, któremu udało się uchwycić mieszankę pewności siebie, brawury i młodzieńczej impulsywności. To nie jest jeszcze elegancki, opanowany agent znany z filmów, lecz człowiek, który dopiero uczy się fachu. Pozostali aktorzy również wykonują swoje zadanie bez zarzutu, choć scenariusz nie daje im zbyt wielu okazji do zaprezentowania pełni możliwości.

recenzja 007 first light

Rozgrywka

Pod względem rozgrywki First Light czerpie pełnymi garściami z wcześniejszych produkcji IO Interactive. Najwięcej wspólnego ma oczywiście z serią Hitman. Większość misji można ukończyć na kilka sposobów. Aby dostać się do strzeżonego pomieszczenia, możemy wykraść kartę dostępu, odwrócić uwagę strażników, przejść po gzymsie, skorzystać z gadżetów albo po prostu wywołać zamieszanie i wykorzystać powstałą lukę w zabezpieczeniach. Gra nagradza kreatywność i pozwala eksperymentować, dzięki czemu każda misja daje sporą swobodę działania. Drugim filarem rozgrywki są sekwencje platformowe. Bond wspina się, przeskakuje między półkami skalnymi i pokonuje przeszkody niczym Nathan Drake z serii Uncharted. Choć nie są one równie widowiskowe ani dopracowane, stanowią przyjemne urozmaicenie między kolejnymi misjami szpiegowskimi.

Jeśli zostaniemy przyłapani, możemy spróbować wybrnąć z sytuacji blefem. Gdy to zawiedzie, pozostaje walka wręcz. System pojedynków jest prosty, ale satysfakcjonujący. Do dyspozycji mamy blok, unik, zwykłe ciosy oraz chwyty. Największy nacisk położono jednak na filmowość starć. Bond może rozbić przeciwnikowi butelkę na głowie, cisnąć nim o ścianę czy wykorzystać elementy otoczenia do efektownej eliminacji. Podobnie jak w serii Batman: Arkham, podczas walk z większą grupą przeciwników gra informuje o nadchodzących atakach odpowiednimi wskaźnikami.

Ostatnim i zdecydowanie najlepiej zrealizowanym elementem są etapy strzelankowe. First Light z pozoru wygląda na klasyczny cover shooter, jednak w trakcie wymiany ognia możemy używać gadżetów, sabotować otoczenie czy rozbrajać wrogów. W rękach sprawnego gracza te sekwencje zamieniają się w efektowny balet śmierci. Przy pomocy hackowania uruchamiamy urządzenie odwracające uwagę grupki zbirów, wychylamy się zza przeszkody, trzema precyzyjnymi strzałami w głowę likwidujemy trzech kolejnych, w czwartego rzucamy pustą bronią, po czym przeskakujemy osłonę, wbiegamy w niego z brutalnym powaleniem i płynnie przejmujemy jego karabin, by ostrzelać resztę niedobitków. Czysta poezja.

Niestety nie wszystkie elementy rozgrywki stoją na równie wysokim poziomie. Podczas walk wręcz pozostali przeciwnicy często cierpliwie czekają, aż skończymy pojedynek z jednym z nich, zamiast wykorzystać okazję do ataku. AI strażników również pozostawia wiele do życzenia – regularnie odsłaniają plecy, ignorują oczywiste zagrożenia i bezmyślnie wpadają w zastawione pułapki. Z czasem daje się też odczuć pewna powtarzalność misji, a kilka spokojniejszych etapów wyraźnie spowalnia tempo całej kampanii.

007 first light gra recenzja

Oprawa graficzna prezentuje wysoki poziom, choć jakość poszczególnych lokacji jest bardzo nierówna. Największe wrażenie robią egzotyczne etapy w Wietnamie, pełne bujnej roślinności i intensywnych kolorów, oraz misja w tętniącym życiem klubie nocnym, gdzie realistyczne oświetlenie pulsuje w rytm muzyki, a tłum ludzi tworzy świetny klimat. Na przeciwległym biegunie ląduje sztampowy poziom z cmentarzyskiem statków, wyglądający jak niewykorzystany, generyczny odpad z serii Uncharted.

Modele postaci są wykonane solidnie, jednak nie dorównują najlepszym produkcjom 2026 roku. Aktorzy zostali wiernie odwzorowani, ale mimice twarzy brakuje subtelności, a włosy – szczególnie u kobiecych postaci – prezentują się dość przeciętnie. W zamian gra oferuje bardzo dobrą optymalizację. Nawet na słabszym sprzęcie działa płynnie i praktycznie nie sprawia problemów technicznych, co w czasach produkcji opartych na Unreal Engine 5 jest sporą zaletą.

007 First Light okazuje się grą pełną sprzeczności. Z jednej strony oferuje genialne, dające ogromną satysfakcję sekwencje strzelankowe oraz angażującą swobodę rodem z Hitmana. Z drugiej – boryka się z przewidywalną fabułą, bezpłciowymi postaciami pobocznymi oraz nierówną oprawą graficzną. Czy IO Interactive zdołało przełamać klątwę ciążącą nad marką? I tak, i nie. First Light nie jest rewolucją na miarę legendarnego GoldenEye, ale bez wątpienia stanowi najlepszą grę o Bondzie od kilkunastu lat. To solidny, rzemieślniczy fundament pod nową trylogię, który mimo swoich wad potrafi dać masę czystej, szpiegowskiej frajdy. Dla fanów agenta 007 – pozycja obowiązkowa, dla reszty – po prostu bardzo dobry, choć bezpieczny akcyjniak.

007 First Light
007 First Light to bardzo udana gra akcji z kapitalnymi misjami i dużą swobodą działania, której do wielkości brakuje jedynie lepszej fabuły i bardziej dopracowanej sztucznej inteligencji.
Zalety
Połączenie skradania i akcji
Grywalność
Różne sposoby na przejście misji
Aktorstwo
Wady
Nierówne tempo
Niezbyt inteligentni przeciwnicy
Przewidywalna fabuła
7

Syberia Remastered – recenzja gry

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *