Uwe Boll to niemiecki reżyser i producent filmowy, który zyskał rozgłos przede wszystkim dzięki serii fatalnie ocenianych ekranizacji gier komputerowych, takich jak House of the Dead, Alone in the Dark czy BloodRayne. Mimo miażdżących recenzji i częstych porażek komercyjnych przez wiele lat udawało mu się regularnie realizować kolejne produkcje, w dużej mierze dzięki obowiązującym w Niemczech do połowy pierwszej dekady XXI wieku przepisom podatkowym dotyczącym funduszy filmowych. System ten pozwalał inwestorom odliczać znaczną część zainwestowanych środków od podatku, często niezależnie od późniejszego sukcesu filmu. W efekcie korzyść podatkowa mogła być ważniejsza niż zysk z samej produkcji. Boll skutecznie wykorzystywał ten mechanizm do pozyskiwania finansowania, dzięki czemu mógł kręcić kolejne filmy mimo ich fatalnego odbioru. Po zmianie niemieckich przepisów podatkowych możliwości korzystania z tego modelu zostały znacząco ograniczone, co utrudniło realizację podobnych przedsięwzięć.
Armie Hammer to amerykański aktor znany z ról w filmach The Social Network, Śmierć na Nilu i Kryptonim U.N.C.L.E.. W 2021 roku jego kariera załamała się po serii oskarżeń ze strony kilku kobiet dotyczących przemocy seksualnej i gwałtu. W następstwie skandalu został usunięty z wielu projektów filmowych, stracił agenta i praktycznie zniknął z Hollywood, stając się jednym z najbardziej znanych przykładów tzw. „cancel culture”. Śledztwo zakończyło się jednak w 2023 roku decyzją prokuratury o niewnoszeniu zarzutów z powodu braku wystarczających dowodów. W 2026 roku Boll zaproponował mu główną rolę w swoim nowym filmie. Pozostający od lat bez pracy aktor przyjął ofertę niemal natychmiast.
Fabuła
Sanders (Armie Hammer) to zamożny amerykański biznesmen i były żołnierz mieszkający w Europie. Rozczarowany bezradnością wymiaru sprawiedliwości wobec przestępców zakłada maskę samozwańczego mściciela i zaczyna brutalnie eliminować osoby, które jego zdaniem stoją ponad prawem. Jego działania czynią go bohaterem mediów społecznościowych i zyskują poparcie części społeczeństwa, jednocześnie ściągając na niego uwagę Interpolu.
Boll jest powszechnie uważany za jednego z najgorszych reżyserów w historii kina. Na ten tytuł zapracował, kręcąc serię prawdziwych gniotów opartych na grach komputerowych. Są nawet tacy, którzy twierdzą, że celowo sabotował własne filmy, ponieważ miały one pełnić przede wszystkim rolę podatkowej maszynki do zarabiania pieniędzy, a ewentualny sukces komercyjny mógłby ten mechanizm zaburzyć. Jak inaczej wytłumaczyć fakt, że w Alone in the Dark podczas postprodukcji dodano komputerowo pociski lecące w niewłaściwym kierunku? Trudno uwierzyć, że ktoś mógł przeoczyć coś tak absurdalnego. Można było więc mieć nadzieję, że dziś, jako niezależny twórca, Boll pokaże wreszcie swój prawdziwy talent. Niestety reżyser z uporem maniaka udowadnia, że opinia o nim nie wzięła się znikąd.
Nie do końca wiadomo, czym Boll inspirował się podczas realizacji filmu, jednak gotowe dzieło przypomina coś pomiędzy mockumentem a found footage. Scenariusz jest niemal szczątkowy i bardziej przypomina zbiór przypadkowych scen niż spójną opowieść. Fabuła prowadzona jest nielinearnie i rozpoczyna się in medias res. Mściciel działa już od jakiegoś czasu. Oglądamy fragmenty programów informacyjnych omawiających jego działalność oraz krótkie filmiki z mediów społecznościowych przedstawiające reakcje zwykłych ludzi. Przeplatane jest to scenami, w których główny bohater wygłasza do kamery swoją filozofię, przemierza miasto, a policjanci przygotowują szturm na jego kryjówkę.
W rękach zdolnego twórcy taka zabawa chronologią zazwyczaj czemuś służy. W Citizen Vigilante jest jednak całkowicie bezcelowa i jedynie wprowadza chaos oraz dezorientację. Jeśli ktoś zastanawia się, jak podobny film mógłby wyglądać w wykonaniu utalentowanego reżysera, powinien obejrzeć serial Mr Inbetween, który również składa się z luźno powiązanych scen z życia zawodowego zabójcy, ale robi to z nieporównywalnie lepiej.
Problemem jest również amatorski montaż. Zwykła scena, w której trzech bandytów wysiada z samochodu i zmierza do budynku, zostaje co chwilę przerywana półsekundowymi ujęciami Armiego Hammera ćwiczącego na siłowni. Kilka sekund bandytów, kilka błyskawicznych przebitek z treningu na różnych maszynach i znowu powrót do bandytów. Tak wygląda niemal cała minuta filmu. Może Boll uznał, że w ten sposób doda scenie dynamiki, ale efekt jest wręcz komiczny. Bardziej prawdopodobne, że był to sposób na sztuczne wydłużenie czasu trwania filmu. Świadczy o tym również fakt, że reżyser kilkukrotnie wykorzystuje te same ujęcia w różnych miejscach. W czasach taśmy filmowej, gdy liczył się każdy metr materiału, można byłoby jeszcze próbować takie oszczędności zrozumieć. W epoce kina cyfrowego nie ma to żadnego uzasadnienia.
Armie Hammer wypada bardzo dobrze w roli mrocznego mściciela. Aktor ma odpowiednią prezencję i charyzmę. Przed laty był jednym z kandydatów do zagrania Bruce’a Wayne’a i oglądając jego występ, nietrudno zrozumieć dlaczego. Szkoda tylko, że Boll nie daje mu żadnego interesującego materiału. Poza kilkoma monologami i scenami akcji nie dowiadujemy się o Sandersie praktycznie nic, a jego postać nie przechodzi żadnej przemiany. Jest przy tym momentami przesadnie stoicka. To nie jest klasyczny, zaślepiony żądzą zemsty bohater kina vigilante, lecz ktoś przypominający Stannisa Baratheona z Gry o tron. Sprawiedliwość wymierza bez emocji i kompromisów, jakby liczył się wyłącznie końcowy bilans, a nie moralne niuanse. Widać to szczególnie w mocnej finałowej scenie, w której przekracza granicę oddzielającą go od większości filmowych mścicieli.

Film jest piekielnie upolityczniony. Boll przyznaje, że inspiracją do napisania scenariusza były głośne sprawy kryminalne z Niemiec. Jedną z nich była historia piętnastolatki brutalnie wykorzystanej przez grupę młodych mężczyzn. Ośmiu z dziewięciu sprawców uniknęło więzienia, natomiast trafiła do niego sama ofiara, która została skazana za publiczne nazwanie jednego z nich „świnią”. Tego typu wydarzenia stanowią doskonałą pożywkę dla społecznego gniewu i poczucia bezsilności. Film Bolla próbuje ten gniew wykorzystać. Głównym źródłem kontrowersji jest samo podjęcie tematyki, której wielu współczesnych twórców unika, obawiając się reakcji mediów i konsekwencji dla własnej kariery. Dla Uwego Bolla była to wręcz wymarzona okazja. Z jednej strony reżyser od lat noszący łatkę filmowego pariasa, z którym niewielu chce współpracować, z drugiej – zdesperowany, ale wciąż utalentowany aktor próbujący odbudować swoją pozycję w branży. Do tego dochodzi temat gwarantujący medialny rozgłos i nieuniknione kontrowersje. Trudno o lepszy przepis na darmową reklamę.
Problem polega jednak na tym, że Boll nie potrafi tego materiału wykorzystać. Zamiast stworzyć wielowymiarową historię skłaniającą do dyskusji, serwuje toporną, chaotyczną i pozbawioną subtelności publicystykę przebraną za thriller. W efekcie film sprawia wrażenie, jakby bardziej zależało mu na wywołaniu skandalu niż na powiedzeniu czegokolwiek wartościowego. To największa zmarnowana szansa Citizen Vigilante – temat był wart znacznie lepszego filmu. Nawet jeśli intencje reżysera były szczere, forma skutecznie je pogrzebała.
Citizen Vigilante nie jest filmem, który przejdzie do historii jako odważny głos w debacie o sprawiedliwości, lecz raczej jako kolejny dowód na to, że Uwe Boll wciąż pozostaje swoim największym wrogiem. Po tylu latach można było oczekiwać, że uwolniony od dawnych mechanizmów finansowania wreszcie pokaże, na co naprawdę go stać. Zamiast tego ponownie dostajemy produkcję, która bardziej przypomina niewykorzystaną szansę niż świadomie zrealizowaną wizję. Trudno powiedzieć, czy Boll nadal jest najgorszym reżyserem świata, ale z pewnością robi wszystko, by nikt nie odebrał mu tego niechlubnego tytułu.

