I-Land – recenzja serialu Netflixa

Mimo upływu lat serial Zagubieni uważany jest za jeden z najlepszych i najbardziej wpływowych seriali w historii. Po jego sukcesie powstało wiele lepszych lub gorszych podróbek naśladujących perypetie rozbitków samolotu linii Oceanic 815. The I-Land jest jednym z nich, niestety jest reprezentantem najgorszego sortu.

Dziesiątka nieznanych sobie ludzi budzi się na plaży. Żaden z nich nie pamięta kim jest, ani jak się tam znalazł. Jedyne co ich łączy to identyczne ubrania.

Jak widać, sam pomysł wyjściowy nie jest specjalnie oryginalny, jednak daje mnóstwo możliwości. Postacie muszą odkryć kim są, gdzie przebywają i dlaczego się tam znaleźli. Jakby tajemnic było mało, twórcy podrzucają jeszcze dodatkowe: rozbitkowie znajdują niezwykłe artefakty oznaczone numerami seryjnymi, tajemnicze urządzenia, dziwne znaki, a nawet porzucone zabudowania. Potencjał jest. Niestety, zamiast go eksplorować, twórcy postanawiają zaatakować widza największą dawką głupoty, jaką widzieliście w telewizji.

Wyobraźcie sobie, że znaleźliście się w położeniu bohaterów serialu. Nieznane wam miejsce, brak wspomnień i grupa obcych ludzi ubranych w podobny sposób. Co odczuwacie? Jakie kroki podejmujecie, aby wyjaśnić swoje położenie? Zapewne próbujecie ustalić, gdzie jesteście. Może w pobliżu znajduje się jakaś wioska albo miasto? Zaczynacie budować prowizoryczne szałasy. Usiłujecie zdobyć jedzenie i wodę. A co robią bohaterowie I-land? Niemal od razu uznają, że są na bezludnej wyspie i nie ma sensu nigdzie iść, więc oddają się awanturom i wyzwiskom. Później idą się poopalać i popływać, co kończy się atakiem rekina. Dwójka udaje się na stronę i zaczyna oddawać się miłosnym igraszkom (bez żadnej refleksji, że mogą być spokrewnieni). A kiedy kobiecie w pieszczoty przestają się podobać, mężczyzna usiłuje ją zgwałcić. Dlaczego? Bo jak sam później tłumaczy w „takim miejscu” zasady nie obowiązują. No bo wiadomo, że po kilku godzinach na opuszczonej plaży jedyne rozsądne zachowanie to bezprawie. Nawet namówienie kogokolwiek do prostej czynności takiej jak rozpalenie ogniska graniczy z cudem.

W końcu bohaterowie wpadają na pomysł jak wykorzystać swoją energię. Czyżby zamierzali zorganizować wyprawę w głąb lądu w celu poszukiwania zasobów? Nie – jedna z postaci wymyśla, że warto policzyć dystans, w jakim obudzili się względem siebie na plaży, pomnożyć to przez ilość uczestników i udać się na taką odległość wzdłuż brzegu (aczkolwiek postać nie wyjaśnia, skąd wie w którą stronę). Wycieczka kończy się odkryciem tablicy z dziwną wiadomością. Co robi grupa? Usiłuje rozszyfrować sens wiadomości? Przeszukuje okolicę w poszukiwaniu dalszych wskazówek? Nie – rozbitkowie uznają, że szkoda czasu i lepiej wracać. A jak wykorzystują zaoszczędzony czas? Jedna z kobiet czuje się zazdrosna, że gwałciciel woli drugą kobietę, więc zaczyna go uwodzić, co kończy się w oczywisty sposób.

  Intensywność - recenzja miniserialu z 1997

I-land serial

Serialowe postacie to absolutni idioci i lenie, którzy zachowaniem zawstydzą najbardziej roszczeniowego milenialsa. Nawet główna bohaterka kreowana na jedyną rozsądną osobę w grupie, co chwila zachowuje się w irracjonalny sposób. Oznacza to, że jako widz nie mamy komu kibicować. Motywacje i zachowania postaci nie mają najmniejszego sensu i zmieniają się z minuty na minutę. Mężczyzna, który odkrywa źródło wody pitnej, postanawia nikogo o tym nie powiadamiać (dlaczego?), jednak po chwili ten sam człowiek namawia wszystkich na współpracę. Dużego sensu nie ma także intryga. Z czasem poznajemy odpowiedzi na palące pytania, niestety większość z odpowiedzi jest absurdalna. Jedna z kobiet ma wspomnienia, podczas których popełnia przestępstwo. Później okazuje się, że popełniła je inna osoba. Dlaczego więc kobieta pamięta siebie jako uczestnika tych wydarzeń?

Dialogi są bełkotliwe. Większość z nich opiera się na budowaniu sztucznych konfliktów. Niestety nie są to błyskotliwe riposty, tylko przedrzeźnianie się na poziomie szkoły podstawowej. Ktoś mógłby pomyśleć, że twórcy starają się przeciągnąć fabułę, aby materiału starczyło na więcej sezonów, jednak tak naprawdę I-Land jest zamkniętą fabularnie całością rozpisaną na 7 odcinków.

I-land serial netfix

Aktorstwo jest złe, jednak ciężko obwiniać aktorów, skoro dostali tak kiepski materiał. Weźmy przykładową scenę: kobieta budzi się na plaży z zabandażowaną ręką, a obok leży kociołek podpisany „rosół”. Kobieta ochoczo zaczyna spożywać zupę, do czasu, gdy z ręki zsuwa się jej bandaż. Okazuje się, że kobieta nie ma placów. Ktoś je obciął i ugotował z nich zupę. A bohaterka mimo bólu i niemożności poprawnego chwytania nie zwróciła uwagi na taki drobiazg jak brak palców do czasu zsunięcia bandaża. Głupota tej sceny poraża i nawet Daniel Day-Lewis by jej nie zagrał przekonująco.

Netflix ma w swoim katalogu masę gniotów, jednak pod względem niekompetencji I-Land bije je na głowę. Jest to prawdopodobnie najgorszy serial na tej platformie i jeden z najgorszych seriali w ogóle. Unikajcie tej produkcji jak ognia.

1/10

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *