Detroit: Become Human – recenzja

Detroit become human tytuł

Jest rok 2038. Ludzkości udało się dokonać olbrzymiego postępu technologicznego, pod postacią androidów zdolnych przejść test Turinga (test, w którym rozmówca nie jest w stanie odróżnić, czy rozmawia z maszyną, czy żywym człowiekiem). Dzięki temu androidy stały się nieodłącznym elementem ludzkiego życia i są obecne na każdym kroku. Roboty sprzątają ulice, opiekują się dziećmi, zajmują gospodarstwem domowym, rozkładają towar w sklepach, wykonują niebezpieczne zadania i świadczą usługi seksualne. Są po prostu nieodłączną częścią cywilizacji. Mimo bycia idealną kopią ludzi są jednak traktowane jak przedmioty, co oznacza, że właściciel może robić z takim robotem, co mu się żywnie podoba. Posiadacz androida może go w dowolnym momencie zabić, przeprogramować lub sprzedać. Czasami prowadzi to do sytuacji, w której na skutek niestabilności oprogramowania, android może przełamać zabezpieczenia i w odruchu obronnym podnieść rękę na swojego właściciela. Android taki zostaje nazwany „dewiantem” (w polskim tłumaczeniu jest używana nazwa defekt) i zostaje przeznaczony do natychmiastowej likwidacji.

W grze poznajemy i sterujemy trzema androidami. Markus jest opiekunem i sanitariuszem niepełnosprawnego artysty. W wyniku niefortunnych wydarzeń trafia na złomowisko robotów. Kara jest świeżo zakupionym modelem, który ma nieszczęście trafić do domu, którym rządzi nadużywający narkotyków sadysta. Gdy pan domu zaczyna znęcać się nad swoją córką, Kara postanawia ją ochronić i zabrać od porywczego ojca. Trzecim androidem jest Connor, będący najnowszym i najbardziej zaawansowanym eksperymentalnym modelem, skonstruowanym w celu tropienia dewiantów i zrozumienia, dlaczego ich liczba w ostatnim czasie uległa zwiększeniu. Jak można się domyślić, w pewnym momencie los przetnie ścieżki tej trójki bohaterów.

Osoby, które grały w poprzednie gry autorstwa Quantic Dream, poczują się tu jak w domu. Przy pomocy lewej gałki analogowej sterujemy postacią w perspektywie trzeciej osoby. Po zbliżeniu się do jakiegoś interaktywnego miejsca wyświetli się nad nim odpowiednia ikonka akcji. Może to być wciśnięcie jednego z przycisków lub wychylenie prawej gałki analogowej w odpowiednią stronę, lub bardziej skomplikowana sekwencja przycisków. Proste wciśnięcie przycisku wykorzystywane jest do wykonywania trywialnych czynności: umyj naczynia, wsiądź do auta, podnieś przedmiot, porozmawiaj z kimś itp. Natomiast, gdy akcja przyśpiesza i nasza postać wda się na przykład w bójkę, sekwencje QTE pędzą na złamanie karku.

  Kingdom Come: Deliverance - recenzja
wybory moralne detroit
W grze często musimy podejmować trudne decyzje

Największą zaletą gry jest możliwość kształtowania fabuły poprzez dokonywanie różnych wyborów. W pierwszym rozdziale sterujemy Connorem. Zostaje on wysłany jako negocjator na miejsce przestępstwa. Zbuntowany android wziął małą dziewczynkę na zakładnika i grozi skokiem z budynku. Sposób prowadzenia negocjacji zależy od nas. Podczas rozmowy z dewiantem dokonujemy rozmaitych wyborów – próbować podejść bliżej, czy zostać w miejscu? Okazać zrozumienie, czy zaapelować do zdrowego rozsądku i logiki? Gdy dewiant zapyta nas o broń, położyć ją na ziemi, czy skłamać, że jesteśmy nieuzbrojeni? Każda z takich decyzji ma wpływ na przebieg akcji. Jakby tego było mało, zanim przystąpimy do negocjacji, możemy spenetrować mieszkanie dewianta, aby lepiej zrozumieć, co spowodowało agresję robota i uzyskać dodatkowe opcje dialogowe. Decyzje mają wpływ także na późniejsze rozdziały. Mała rzucona mimochodem uwaga może mieć gigantyczne reperkusje kilka rozdziałów dalej. Nawet gdy zginie jedna z prowadzonych przez nas postaci, gra uwzględni jej śmierć w dialogach i dalszym przebiegu fabuły, a akcja potoczy się dalej. Na koniec każdego rozdziału gra wyświetla nam diagram podjętych przez nas decyzji i pokazuje, ile zostało jeszcze nieodkrytych przez nas ścieżek, niejako zachęcając nas do ponownego przejścia.

Detroit become human ścieżka

Scenariusz budzi mieszane uczucia. Przede wszystkim jest bardzo wtórny. Filmów i gier dotyczących nieuchronnego konfliktu maszyn z ludźmi powstały setki i wiele z nich porusza ten temat w dużo lepszy sposób. Mniej więcej od połowy gry, wszystko robi się strasznie przewidywalne. Scenarzysta David Cage ma też tendencję do wciskania niepotrzebnego melodramatyzmu i wyświechtanych schematów. W jednej ze scen rozmowa między dwoma policjantami na komisariacie zmienia się z mexican standoff, gdy policjanci nagle wyjmują broń i zaczynają do siebie z niej mierzyć. Takie sceny były już mocno ograne we wczesnych latach 90. Rażą też tandetne zagrywki typu „miłość pokona wszystko”. Widać, że sceny tego typu zostały napisane tylko po to, aby wyżebrać od gracza odrobinę emocji, ale powodują jedynie niekontrolowane przewracanie oczu. Razi też niekonsekwentna i nieprzemyślana budowa świata i obowiązujących w nim zasad. Sama koncepcja niedalekiej przyszłości pełniej inteligentnych maszyn nie jest zła i wypada zadziwiająco realistycznie, lecz przy bliższej inspekcji iluzja rozpada się niczym domek z kart. Wielokrotnie widzimy reakcję androidów na postrzał (a w sumie jej brak). Ma to sens, gdyż maszyny nie powinny posiadać systemu nerwowego. Jednak w innej scenie android zgina się w pół po otrzymaniu ciosu w brzuch. Ze względu na powszechne użycie androidów bezrobocie przekracza 30% (podczas wielkiej depresji było to 25%). Jak taki kraj może w ogóle funkcjonować? Nawet wątki filozoficzne wypadają słabo. Androidy „budzą się” do życia pod wpływem reakcji emocjonalnej na jakieś wydarzenie, a ich osobowość jest sumą dotychczasowych przeżyć. Jednak w późniejszym czasie wybudzane są także modele świeżo z fabryki. Skąd wzięło się ich człowieczeństwo?

  Those who remain - recenzja

Kara detroit become

Pod względem technicznym Detroit to jedna z najładniejszych gier na PlayStation 4. Scenerie są niezwykle bogate, a modele postaci szczegółowe. Graficy wykonali także świetną robotę przy projektowaniu otoczenia. Widać dbałość o najmniejsze detale. Modele postaci mają rewelacyjną mimikę, co daje pole do popisu aktorom. Najlepiej wypada Valorie Curry w roli Kary. Jej interpretacja opiekuńczego androida jest bezbłędna. Bardzo słaby wypada za to Jesse Williams w roli Marcusa. 90% reakcji aktora na zachodzące wydarzenia to zamyślone spojrzenie modela z katalogu podkoszulek H&M. Na drugim planie możemy zobaczyć Lance Henriksena i Clancy’ego Browna w roli detektywa Andersona.

Detroit: Become Human to świetna gra zasługująca na nieco lepszy scenariusz. Wizja przyszłości jest realistyczna, ale zasady rządzące światem nie zawsze są konsekwentne. Niektóre momenty chwytają za serce, a inne wywołują grymas niesmaku. Mimo wszystko Quantic Dream odniosło sukces, wyciągając wnioski z błędów popełnionych przy poprzednich grach i stworzyło najbardziej spektakularną interaktywną przygodówkę w historii firmy.

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Twitter
  • Wykop

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*