Pan Samochodzik i Nieuchwytny Kolekcjoner – recenzja

Zbigniew Nienacki zmarł 23 września 1994 roku. Przed śmiercią zdążyła napisać kilka rozdziałów swojej nowej powieści zatytułowanej „Pan Samochodzik i Nieuchwytny Kolekcjoner”. Jego ostatnim życzeniem było, aby książkę dokończył jego przyjaciel i uczeń – Jerzy Ignaciuk. Wdowa po Nienackim postanowiła powierzyć dokończenie powieści komuś z większym nazwiskiem i doświadczeniem. Niestety żaden z pisarzy, którym proponowała dokończenie maszynopisu, nie chciał się tego podjąć. Prawdopodobnie zaważyła tutaj przeszłość Nienackiego, który był zagorzałym komunistą. Chcąc nie chcąc wdowa w końcu oddała materiał Ignaciukowi, pod warunkiem że dopisze on resztę książki bez ingerencji w oryginalny maszynopis. Tak się stało i „Pan Samochodzik i Nieuchwytny Kolekcjoner” został wydany w 1997 roku. Ignaciuk z jakiegoś powodu przyjął pseudonim Jerzy Szumski.

Fabuła

Powieść zaczyna się od przygotowań Tomasza, do urlopu. Jednak jak to zwykle bywa, niedane mu będzie się nim nacieszyć w spokoju. Kontaktuje się z nim siostra i prosi o zaopiekowanie się swoimi dziećmi. Wyjazd jest nagły i nie ma ich z kim zostawić. Jednocześnie dyrektor Marczak zleca Tomaszowi sprawę tajemniczych włamań do małych kościołów. Jeśli znamy inne części, to możemy się domyślić, że oznacza to zapowiedź wspaniałej przygody.

Książka rozpoczyna się naprawdę dobrze, jednak im dalej się w nią zagłębiamy, tym trudniej się ją czyta. Szumski zgrabnie próbuje naśladować swojego mistrza, jednak w pewnym momencie zaczynamy dostrzegać fragmenty, które odstają od reszty. W oczy rzuca się nagminne używanie slangu. Tomasz znany jest ze swojego nienagannego języka, jednak tutaj czytamy, że idzie „walnąć się w pościel”, albo zastanawia się kto „nadał skoki”. Dzieciaki to nagle „małolaty” a Samochodzik od przeciwników dostaje „po łbie”. W pewnym momencie zostajemy nawet uraczeni małą lekcją grypsery więziennej. Typowy Samochodzik, prawda?

Fabuła też odbiega od tego, do czego nas przyzwyczaił Nienacki. Po pierwszych rozdziałach, w których Tomasz z siostrzeńcami wyruszają, aby wyjaśnić zagadkę, nagle pojawia się zwrot fabularny. Wszystkie tropy prowadzą do Trójmiasta. I wtedy z radosnej podróży po przygodę, książka zmienia się w coś w rodzaju odcinka „07 zgłoś się”. Trójmiejscy gangsterzy, speluny i obławy policyjne. Kobieta nie chce rozmawiać z Tomaszem, bo ceni swoją urodę i nie chce, aby ktoś jej pociął żyletką twarz. W finale Tomasz rozbraja bombę, wyrywając z niej przewody. Bez komentarza.

„Cztery przewody. Który urwać, żeby nie spowodować wybuchu?! Trzy zielone. Jeden niebieski… A niech tam!…(…) Tykanie zegara ustało. Żyliśmy!”

nieuchwytny kolekcjoner bomba
Prawda, że bomba to pierwsza rzecz jaka wam przychodzi wam do głowy na myśl o Panu Samochodziku?

Mocno widać, że Szumskiego nie za bardzo interesowały poprzednie przygody Samochodzika. W prawie każdej części Tomasz spożywał alkohol. Bywał w sklepie pani Pilarczykowej, żeby wypić piwko na miejscu, pił strzemiennego z Petersenem i ojcem Wilhelma Tella oraz Burgunda jako kustosz Niesamowitego Dworu. A tu nagle zostajemy uraczeni sceną, w której chce się zaprzyjaźnić z podejrzaną osobą, jednak nie może powstrzymać swojego wstrętu przed piwem. Do tego stopnia, że musi czekać, aż nikt nie będzie patrzył i wylać je z obrzydzeniem.

„Przede mną była ciężka próba łyknięcia piwa z butelki. Tu wstręt do napoju łączył się z nieumiejętnością tak wytwornego picia. Zakrztusiłem się i ochlapałem. Na szczęście nikt tego nie widział, bo od razu byłbym podpadnięty. Resztę piwa udało mi się wylać ukradkiem pod ladę.”

Pamiętamy też kodeks moralny Samochodzika. Był on bardzo wyczulony na pewne rzeczy. Tymczasem tutaj mając pod opieką dwoje młodych ludzi w wieku 14 i 15 lat, nie tylko pozwala im chodzić na dyskoteki po nocach, ale zostawia ich praktycznie bez opieki. Ba! Widząc siostrzenicę, która wykłóca się z bramkarzami przed wejściem do lokalu, uznaje, że jest tam bezpieczna. Pozwala też im zadawać się z jakimś podejrzanym osobnikiem, który pojawił się nie wiadomo skąd. Ostatnim gwoździem do trumny jest scena, w której ten właśnie człowiek przed zabraniem jego siostrzeńców samochodem oferuje mu piersiówkę z alkoholem. Tomasz wiedząc o tym i tak pozwala im iść, bo „Zosia jeszcze podczas podróży oświadczyła, że poderwie jakiegoś nadzianego faceta, aby mogła z Jackiem bawić się, nie naruszając moich skromnych funduszy„. Czyli Tomasz puszcza młodych, znajdujących się pod jego opieką ludzi z pijanym kierowcą, bo…pozwoli mu to zaoszczędzić parę groszy. Niech dziewczyna się uczy naciągania facetów i życia na cudzy koszt. Czy Szumski w ogóle czytał poprzednie książki? Przecież to zakrawa na pastisz.

  Wyspa Złoczyńców - recenzja książki i filmu

W książkach pisanych przez Nienackiego policjanci byli prawdziwymi zawodowcami. Nie znali się na historii ani sztuce, ale swoją pracę wykonywali bezbłędnie. Tymczasem tu po raz pierwszy czytamy o policjantach jako zapatrzonych w siebie głupkach, którzy bardziej przeszkadzają, niż pomagają. Wygląda na to, że zmiana ustroju odmieniła poglądy autora na temat organów ścigania. Zresztą sam Tomasz też jakby stracił nieco szarych komórek. Kiedy idzie obserwować pewną willę, widzi zaparkowane przed nią auto, jego markę i kolor, po czym dosłownie kilka stron dalej, kiedy poznaje właściciela auta, nie pamięta, gdzie je wcześniej widział.

W dalszej część recenzji znajdują się spoilery

Koniec końców, Tomasz pokonuje złych ludzi, odzyskuje zdobyte przez nich dzieła sztuki i rozbija gang Kolekcjonera. Kolekcjonerem okazuje się matka autystycznego mężczyzny, który wykonywał jej polecenia. Ktoś to nawet mógłby uznać za pomysłowe, ale po pierwsze autyzm tak nie działa, a po drugie to nie jest zakończenie Pana Samochodzika tylko jakiegoś taniego kryminału z cyklu „Ewa wzywa 07”. Po trzecie, po co w całą sprawę Szumski wciągał Baturę? Wspominałem, że Batura jest w tej części? Przemyka gdzieś we wzmiankach, później kontaktuje się z Tomaszem, a na końcu zostawia mu list w rodzaju, „ha ha to jednak nie byłem ja”. Wyciąganie najważniejszego przeciwnika Samochodzika, tylko po to, aby go nie wykorzystać jest absurdalne. No i cały motyw z odzyskaniem korony, sprawia wrażenie wciśniętego na siłę, jakby Szumski sobie przypomniał nagle, że pierwotnie o to się rozchodziło. Fabularny chaos.

Powieść zapowiadała się całkiem dobrze, jednak pomysły pana Szumskiego całkowicie ją zabiły. Końcówka powieści jest zwyczajnie męcząca. Pan Samochodzik i nieuchwytny kolekcjoner to zwykła porażka. Niestety wdowie po Nienackim książka się spodobała. Kobieta uznała nawet, że część napisana przez Szumskiego jest lepsza od maszynopisu zostawionego przez Nienackiego i zaczęła żałować, że nie pozwoliła na zmiany w oryginalnym tekście. Zadowolenie z okrągłej sumki przesłanej przez wydawnictwo zaowocowało kolejną próbą reanimacji zwłok Samochodzika, ale to już temat na następną recenzję.

http://entuzjastagier.pl/2017/10/__trashed-2.html

Okładka ksiązki

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *