W ostatnich latach platformy streamingowe coraz śmielej inwestują w wysokobudżetowe kino akcji, próbując konkurować z hollywoodzkimi blockbusterami. Jednym z najbardziej ambitnych projektów tego typu miał być The Gray Man — widowisko szpiegowskie z gwiazdorską obsadą i imponującym budżetem. Film zapowiadano jako początek nowej franczyzy, która miała przyciągnąć widzów rozmachem i dynamiczną akcją. Czy jednak za ogromnymi pieniędzmi i znanymi nazwiskami idzie równie wysoka jakość?
The Gray Man – fabuła
Court Gentry to pracujący dla CIA zabójca. Podczas jednej z misji w jego ręce trafia pendrive zawierający kompromitujące materiały na jego przełożonych. Court szybko zdaje sobie sprawę, że oznacza to dla niego wyrok śmierci. Gdy zaczyna uciekać, jego tropem rusza psychopatyczny najemnik. Ten jednak zamiast bezpośrednio ścigać bohatera, decyduje się porwać dziewczynkę, którą ten wcześniej ochraniał.
Inspiracje
Ciężko się oprzeć wrażeniu, że scenariusz to zlepek dziesiątek pomysłów zapożyczonych z innych filmów akcji. Motyw tajnego agenta ściganego przez własnych mocodawców był eksploatowany tyle razy, że trudno zliczyć wszystkie przykłady. Relacja zabójcy z dziewczynką to oczywiste echo filmów Leon zawodowiec oraz Człowiek w ogniu. Dynamiczne ucieczki przez miasto przywodzą na myśl serię o Jasonie Bourne, a brutalne eliminowanie przeciwników — styl Johna Wicka. Całość doprawiono absurdalnymi, fizycznie niemożliwymi scenami rodem z Szybcy i wściekli oraz szpiegowskimi intrygami à la James Bond. Pojawia się nawet starcie dwóch wyszkolonych agentów z dominującym przeciwnikiem, przypominające Mission: Impossible – Fallout. Przez cały seans towarzyszy widzowi nieodparte wrażenie: „to już gdzieś było”.
Sceny akcji
Problem w tym, że choć twórcy inspirują się najlepszymi, nie udaje im się osiągnąć podobnego poziomu realizacji. Zawodzi to, z czego bracia Russo byli dotąd znani — czyli precyzyjna i czytelna choreografia walk. Sceny akcji są chaotyczne i pełne gwałtownych cięć, przez co trudno zorientować się, co właściwie dzieje się na ekranie. Popisy kaskaderskie nie robią większego wrażenia, a fabuła pozostaje przewidywalna i sprawia wrażenie jedynie pretekstu do kolejnych strzelanin. Wątek dramatyczny związany z chorą dziewczynką również nie wywołuje emocji, które powinien.

Obsada
Ryan Gosling przez większość filmu gra beznamiętnym wyrazem twarzy. Chris Evans próbuje stworzyć ekscentrycznego, groźnego antagonistę, lecz jego interpretacja momentami ociera się o pastisz. Śmieszy też wygląd postaci. Ostentacyjny styl haute couture pasuje bardziej do modela z paryskich pokazów mody, a nie międzynarodowego terrorysty. Billy Bob Thornton (Landman) pojawia się jedynie epizodycznie, głównie po to, by wygłaszać kolejne ekspozycje. Z kolei Ana de Armas gra postać podobną do tej z Nie czas umierać, jednak tutaj jej rola pozbawiona jest lekkości i charyzmy.
Efekty specjalnej troski
Ciężko uwierzyć, że jest to najdroższy film Netflixa ($200 mln), gdyż efekty są wykonane na poziomie tanich produkcji kanału SyFy. Pomocną dłoń specom od efektów wyciągają montażyści, którzy dwoją i się i troją, by w wywołanym licznymi cięciami chaosie ukryć niedoróbki. To natomiast czego ukryć się montażem nie da, maskowane jest kolosalnie dużą ilością komputerowej mgły, cyfrowym kurzem, lub fruwającymi wszędzie odłamkami. W praktyce widzimy, że coś się dzieje, ale ciężko powiedzieć dokładnie co. Spójrzcie zresztą na poniższą scenę i sami oceńcie.
Pod jakim kątem byśmy nie spojrzeli na ten film, jest po prostu źle. Gray man to dzieło pozbawione inwencji, emocji i dobrego aktorstwa. Film nie sprawdza się nawet jako bezmyślne kino akcji. Najlepiej omijać ten tytuł z daleka a zaoszczędzone w ten sposób dwie godziny przeznaczyć na odświeżenie jakiegoś dobrego klasyka.




