Riverdale – recenzja serialu Netflixa

W ostatnich latach seriale młodzieżowe przeżywają prawdziwy renesans, coraz częściej próbując łączyć szkolne dramaty z mroczniejszymi, kryminalnymi wątkami. Twórcy chętnie sięgają po sprawdzone schematy – tajemnicze miasteczko, niewyjaśniona śmierć i grupa nastolatków, którzy próbują odkryć prawdę. „Riverdale” wpisuje się w ten trend, obiecując widzom mieszankę thrillera i dramatu obyczajowego, osadzonego w pozornie spokojnej, amerykańskiej prowincji. Na papierze brzmi to jak przepis na wciągającą historię pełną sekretów i napięcia – pytanie tylko, czy serial rzeczywiście spełnia te obietnice.

Fabuła Riverdale

Riverdale to tytułowe miasteczko, w którym rozgrywa się akcja serialu. Głównym bohaterem jest Archie – postać pochodząca z podobno bardzo kultowego komiksu (nie czytałem, więc się nie wypowiadam). Historia rozpoczyna się od utonięcia syna lokalnych bogaczy. Świadkiem i uczestniczką zdarzenia była jego siostra. Po kilkunastu dniach odnalezione zostają zwłoki chłopaka. Problem polega na tym, że sekcja wykazuje coś zupełnie innego – chłopak zginął co najmniej tydzień po swoim zaginięciu, a przyczyną śmierci nie było utonięcie, lecz rana postrzałowa.

Mydlana opera

Zaintrygowani? Rozczaruję was – choć wszystko brzmi obiecująco, fabuła bardzo szybko zamienia się w operę mydlaną w stylu „Mody na sukces”. W każdym odcinku dostajemy jedynie niewielki fragment głównej sprawy, a większość czasu antenowego zajmuje życie prywatne Archiego i jego znajomych. Mamy więc typową „szarą myszkę” zakochaną w głównym bohaterze, córkę bogaczy, która chętnie by się z nim przespała, obowiązkowego przyjaciela-geja, który również chętnie by się z nim przespał, odludka oraz – na dokładkę – nauczycielkę, która z Archiem sypia. Do tego dochodzi cała galeria stereotypowych postaci: szkolni osiłkowie, przerysowana bogata dziewczyna, wyniosłe cheerleaderki i tak dalej.

Riverdale 90210

Efekt jest taki, że zamiast klimatu rodem z „Twin Peaks”, dostajemy raczej „Beverly Hills 90210”. Co ciekawe, w serialu pojawiają się aktorzy znani z obu tych produkcji – Luke Perry (czyli Dylan) oraz Mädchen Amick z „Twin Peaks”. W ogóle „Riverdale” jest wręcz przeładowane popkulturowymi odniesieniami. Bohaterowie co chwilę rzucają jakimiś one-linerami, które mają do czegoś nawiązywać. Może robiło to wrażenie kilkanaście lat temu, ale dziś wypada dość sztucznie – zwłaszcza że nastolatki raczej nie posługują się takim językiem.
KJ Apa i Madelaine Petsch riverdale

Kolejnym problemem jest wszechobecna mydlanooperowość (tak, właśnie wymyśliłem to słowo). Rozumiem, że serial miał być częściowo satyrą gatunkową, ale – parafrazując znane powiedzenie – jeśli patrzysz w otchłań, otchłań zaczyna patrzeć w ciebie. „Riverdale”, próbując wyśmiać pewne schematy, samo staje się ich ofiarą. W efekcie dostajemy kiczowaty tasiemiec z doczepionym na siłę wątkiem kryminalnym i mnóstwem niedorzecznych sytuacji.

Dziury fabularne

Przykłady? Wszystkie kobiety, niezależnie od pory dnia i okoliczności, wyglądają jak po wyjściu od stylisty. Archie robi wszystko, by ukryć romans z nauczycielką – do tego stopnia, że obmacuje ją przy przeszklonych drzwiach wychodzących na szkolny korytarz. Co mogłoby pójść nie tak? Oczywiście ktoś to widzi. I co wtedy? Najlepiej omówić sprawę… na zatłoczonym korytarzu. W końcu najciemniej jest pod latarnią.

Inne postacie działają według podobnej logiki rodem z latynoskiej telenoweli. Lokalny osiłek kompromituje jedną z bohaterek, publikując jej zdjęcie w internecie. Następnego dnia dziewczyna wpada do męskiej szatni i wygłasza płomienną tyradę, grożąc mu zemstą. Co robi chłopak? Bez chwili wahania przyjmuje zaproszenie na „małe co nieco” w trójkącie z nią i jej koleżanką – również wobec niego wrogo nastawioną. Skuszony wizją łatwej przyjemności wskakuje do jacuzzi i pozwala się przykuć kajdankami. Jak można się domyślić, kończy się to dla niego fatalnie.

Takich absurdów jest w serialu pełno. „Riverdale” wypada bardzo blado nawet na tle „13 powodów”, które przecież też ma swoje problemy. Niby wszystko się zgadza: szkoła, dramaty nastolatków, tajemnica w tle i szlachetny bohater próbujący dojść do prawdy. Tylko że tutaj wszystko jest zrobione gorzej. Spotkałem się z opiniami, że to właśnie kicz jest największym atutem serialu. Tylko że na tej samej zasadzie można by bronić „Batmana i Robina” Schumachera, twierdząc, że „bawi się konwencją”.

Problem w tym, że „Riverdale” było reklamowane zupełnie inaczej. Nawet opis na Netflixie sugeruje mroczną tajemnicę i kryminalną intrygę. Jasne, gatunek teen drama rządzi się swoimi prawami, ale wszystko ma swoje granice. Na plus można zaliczyć ładne zdjęcia i przyzwoite aktorstwo. Może nie jest to poziom nagród, ale młodych aktorów da się oglądać bez zgrzytania zębami – przynajmniej dopóki nie muszą wypowiadać szczególnie żenujących kwestii dialogowych. Wiem, że ta pisana na kolanie recenzja jest dość cierpka, ale dokładnie taki smak pozostawia po sobie ten serial. Potencjał został zmarnowany. Jeśli szukacie dobrego młodzieżowego serialu z tajemnicą w tle, znajdziecie wiele lepszych propozycji.
Riverdale recenzja
Riverdale
Riverdale zaczyna jako stylowy i wciągający teen noir, ale z czasem zamienia się w absurdalną mydlaną operę
Zalety
Zawiązanie intrygi
Sympatyczni aktorzy
Wady
Fabuła
Dziury fabularne
Kicz
Żenujące sceny
4

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *