W ostatnich latach seriale młodzieżowe przeżywają prawdziwy renesans, coraz częściej próbując łączyć szkolne dramaty z mroczniejszymi, kryminalnymi wątkami. Twórcy chętnie sięgają po sprawdzone schematy – tajemnicze miasteczko, niewyjaśniona śmierć i grupa nastolatków, którzy próbują odkryć prawdę. „Riverdale” wpisuje się w ten trend, obiecując widzom mieszankę thrillera i dramatu obyczajowego, osadzonego w pozornie spokojnej, amerykańskiej prowincji. Na papierze brzmi to jak przepis na wciągającą historię pełną sekretów i napięcia – pytanie tylko, czy serial rzeczywiście spełnia te obietnice.
Fabuła Riverdale
Riverdale to tytułowe miasteczko, w którym rozgrywa się akcja serialu. Głównym bohaterem jest Archie – postać pochodząca z podobno bardzo kultowego komiksu (nie czytałem, więc się nie wypowiadam). Historia rozpoczyna się od utonięcia syna lokalnych bogaczy. Świadkiem i uczestniczką zdarzenia była jego siostra. Po kilkunastu dniach odnalezione zostają zwłoki chłopaka. Problem polega na tym, że sekcja wykazuje coś zupełnie innego – chłopak zginął co najmniej tydzień po swoim zaginięciu, a przyczyną śmierci nie było utonięcie, lecz rana postrzałowa.
Mydlana opera
Zaintrygowani? Rozczaruję was – choć wszystko brzmi obiecująco, fabuła bardzo szybko zamienia się w operę mydlaną w stylu „Mody na sukces”. W każdym odcinku dostajemy jedynie niewielki fragment głównej sprawy, a większość czasu antenowego zajmuje życie prywatne Archiego i jego znajomych. Mamy więc typową „szarą myszkę” zakochaną w głównym bohaterze, córkę bogaczy, która chętnie by się z nim przespała, obowiązkowego przyjaciela-geja, który również chętnie by się z nim przespał, odludka oraz – na dokładkę – nauczycielkę, która z Archiem sypia. Do tego dochodzi cała galeria stereotypowych postaci: szkolni osiłkowie, przerysowana bogata dziewczyna, wyniosłe cheerleaderki i tak dalej.
Riverdale 90210
Efekt jest taki, że zamiast klimatu rodem z „Twin Peaks”, dostajemy raczej „Beverly Hills 90210”. Co ciekawe, w serialu pojawiają się aktorzy znani z obu tych produkcji – Luke Perry (czyli Dylan) oraz Mädchen Amick z „Twin Peaks”. W ogóle „Riverdale” jest wręcz przeładowane popkulturowymi odniesieniami. Bohaterowie co chwilę rzucają jakimiś one-linerami, które mają do czegoś nawiązywać. Może robiło to wrażenie kilkanaście lat temu, ale dziś wypada dość sztucznie – zwłaszcza że nastolatki raczej nie posługują się takim językiem.

Kolejnym problemem jest wszechobecna mydlanooperowość (tak, właśnie wymyśliłem to słowo). Rozumiem, że serial miał być częściowo satyrą gatunkową, ale – parafrazując znane powiedzenie – jeśli patrzysz w otchłań, otchłań zaczyna patrzeć w ciebie. „Riverdale”, próbując wyśmiać pewne schematy, samo staje się ich ofiarą. W efekcie dostajemy kiczowaty tasiemiec z doczepionym na siłę wątkiem kryminalnym i mnóstwem niedorzecznych sytuacji.
Dziury fabularne
Przykłady? Wszystkie kobiety, niezależnie od pory dnia i okoliczności, wyglądają jak po wyjściu od stylisty. Archie robi wszystko, by ukryć romans z nauczycielką – do tego stopnia, że obmacuje ją przy przeszklonych drzwiach wychodzących na szkolny korytarz. Co mogłoby pójść nie tak? Oczywiście ktoś to widzi. I co wtedy? Najlepiej omówić sprawę… na zatłoczonym korytarzu. W końcu najciemniej jest pod latarnią.
Inne postacie działają według podobnej logiki rodem z latynoskiej telenoweli. Lokalny osiłek kompromituje jedną z bohaterek, publikując jej zdjęcie w internecie. Następnego dnia dziewczyna wpada do męskiej szatni i wygłasza płomienną tyradę, grożąc mu zemstą. Co robi chłopak? Bez chwili wahania przyjmuje zaproszenie na „małe co nieco” w trójkącie z nią i jej koleżanką – również wobec niego wrogo nastawioną. Skuszony wizją łatwej przyjemności wskakuje do jacuzzi i pozwala się przykuć kajdankami. Jak można się domyślić, kończy się to dla niego fatalnie.
Takich absurdów jest w serialu pełno. „Riverdale” wypada bardzo blado nawet na tle „13 powodów”, które przecież też ma swoje problemy. Niby wszystko się zgadza: szkoła, dramaty nastolatków, tajemnica w tle i szlachetny bohater próbujący dojść do prawdy. Tylko że tutaj wszystko jest zrobione gorzej. Spotkałem się z opiniami, że to właśnie kicz jest największym atutem serialu. Tylko że na tej samej zasadzie można by bronić „Batmana i Robina” Schumachera, twierdząc, że „bawi się konwencją”.





