Solaris, Stanisław Lem – Recenzja

Solaris Lem

Solaris jest znajdującą się daleko od Ziemi planetą, której odkrycie wprawiło świat naukowy w osłupienie. Planeta sama stabilizuje swoją orbitę, a dokonywane jest to ruchem masy oceanicznej przykrywającej prawie cały glob. Nie może być to dziełem przypadku, gdyż tego typu działanie wymaga zaawansowanych wyliczeń i świadomego działania. Wniosek nasuwa się sam – ocean jest żywym i inteligentnym tworem. Ludzkość wysyła liczne ekspedycje, które prowadzą trwające dziesiątki lat badania, niestety nie przynoszą one żadnych konkluzji i wciąż nie ma konsensusu, czy ludzkość odkryła inteligentną istotę, czy może to tylko biologiczny szlam. Zainteresowanie tematem maleje i z gigantycznych badań pozostała jedynie zamieszkana przez trzy osoby stacja badawcza unosząca się nad powierzchnią planety. Właśnie wtedy na Solaris wysłany zostaje psycholog Kris Kelvin. Po przybyciu zastaje on niezwykłą sytuację: jeden z mieszkańców stacji jest martwy, drugi zamknął się w laboratorium i odmawia wyjścia, a trzeci zachowuje się w bardzo dziwny i podejrzany sposób. Wkrótce Kris na własnej skórze przekona się, co zaszło na stacji.

Stanisław Lem w swojej twórczości odrzucał możliwość nawiązania kontaktu z inteligentnymi istotami. Większość SF traktuje sprawę dwojako: kosmici przybyli na Ziemię, ponieważ chcą nas podbić lub zaprzyjaźnić się z nami. Obie te opcje są absurdalne. Na Ziemi nie znajdują się żadne surowce, które czyniłby ja atrakcyjną dla potencjalnego najeźdźcy. Z kolei druga z tych opcji opiera się na naiwnej idei, że najeźdźcy są antropomorficzni, myślą podobnie do nas, a dzieli ich jedynie kolor zielonej skóry i może jeszcze jakieś macki umieszczone w różnych miejscach ciała. Lem odrzuca te obie opcje. W wizjach Lema nawet w przypadku spotkania obcej istoty nawiązanie kontaktu nie będzie możliwe, gdyż ludzkość nie będzie w stanie tego pojąć. Aby doszło do porozumienia, musi istnieć jakiś punkt zaczepienia. Jakaś wspólna platforma. Język. Pochodzący z innej książki Lema pt. Głos Pana przykład świetnie to obrazuje. Spróbujmy powiedzieć kosmicie, że nasza babcia zmarła, a pogrzeb odbędzie się piątek. Aby zaistniała możliwość przetłumaczenia takiego zdania kosmita musi posiadać zrozumienie czasu i sposobu, w jaki go mierzymy (piątek), tworzyć struktury rodzinne (babcia), rozumieć znaczenie płci, i być śmiertelnym, aby zrozumieć ideę chowania ciała (pogrzeb). Kosmita nieodczuwający upływu czasu, mnożący się przez podział i nieśmiertelny będzie w takiej samej sytuacji jak solaryści badający symetriady na Solaris. Nasz komunikat trzeba też jakoś przekazać. W hollywoodzkim filmie kosmita zapewne rozmawiałby płynnym angielskim, a w rzeczywistości nie ma pewności, że będziemy wiedzieli, w jaki sposób z nim się komunikować. Człowiek może widzieć zaledwie malutki wycinek spektrum elektromagnetycznego i słyszeć w bardzo małym zakresie częstotliwości. A co, jeśli istota porozumiewa się nam jakimś całkowicie nieznanym i nieosiągalnym dla nas sposobem? Na przykład poprzez neutrina? A nawet jeśli odkryjemy jak, to wciąż jeszcze nie oznacza, że możemy sformułować i przekazać w ten sposób jakąś konkretną myśl, a nie bełkot. A to zaledwie wierzchołek góry lodowej problemów, z jakimi musiałby się zmierzyć człowiek chcący nawiązać kontakt.

  Assassin's creed - recenzja | Adaptacje gier komputerowych

Książka rozpoczyna się niczym kosmiczny thriller, po to, by płynnie przejść w dramat połączony z traktatem filozoficznym na temat możliwości pierwszego kontaktu. Oprócz akcji dziejącej się na stacji Lem co jakiś czas podrzuca nam kolejne informacje o historii Solaris i badaniach na niej przeprowadzanych, pokazując, jak ludzie stopniowo kapitulują w obliczu milczenia planetarnego. Wstawki te nie tylko uwiarygadniają całość, ale także wytrącają nam z ręki kolejne hipotezy, jakie możemy sobie tworzyć w głowach. Czy jest to intergalaktyczny mędrzec? Bóstwo? Diabeł? A może to po prostu kosmiczna kserokopiarka? A gdyby tak posłać w planetę pocisk nuklearny? Przecież musiałaby nastąpić jakaś reakcja. Lem jest zawsze o krok przed czytelnikiem, jednocześnie wciąż podsuwając mu nowe hipotezy. Pisarz nie pozwala nawet na łatwe skojarzenia, gdyż wszelkiego rodzaju twory oceaniczne nie mają żadnych bliskich odpowiedników na Ziemi, przypominając nam, że mimo pozornej świadomości wciąż myślimy i będziemy myśleli po ludzku, mierząc wszystko ludzkimi odniesieniami. Nie szukamy nowych światów, tylko luster.

Podobne pytania bez odpowiedzi padają też odnośnie tworów „F”. Czym one są? Próbą komunikacji oceanu z ludźmi? Darem, z którym niczym trzech mędrcy przychodzi do ludzi? A może ocean bawi się z wrażliwą ludzką psychiką, znęcając się nad mieszkańcami stacji tak, jak robi to małe dziecko przypalające mrówki soczewką? Tutaj Lem także analizuje różne przyczyny, na końcu zostawiając nas z niczym. Można jedynie domniemywać, że podobnie jak ludzie na ślepo zapuszczają w ocean setki przyrządów pomiarowych i naświetlają go różnorakimi promieniami, tak samo ocean na ślepo sonduje ludzi, dotykając najbardziej wypartych wspomnień. Z tej perspektywy chociaż kosmiczna istota zdaje sobie w jakiś sposób sprawę z aktywności ludzkiej, sama też nie jest w stanie odpowiedzieć, stając się dla ludzi znajdujących się na stacji bóstwem ułomnym.

Mnogość interpretacji książki jest olbrzymia. Sam autor żartobliwe napisał kiedyś, że czytał o niej rozprawy tak uczone, że sam niewiele z nich rozumiał. Biorąc pod uwagę, iż książka była napisana pod wpływ natchnienia, bez żadnych przygotowań, oraz że w tym samym roku powstały dwie inne udane powieści, pozostaje uchylić czapki z głów. Niechęć do udzielania przez Lema odpowiedzi, na pytania które sam stawia, powoduje, że Solaris to książkowy test Rochacha, w którym każdy może dostrzec, co chce. Niestety dotyczy to także scenarzystów filmowych. Książka została zekranizowana dwa razy i obie adaptacje rozminęły się z oczekiwaniami pisarza.

Za pierwszą adaptację odpowiada Andriej Tarkowski. Rosyjski reżyser swoim geniuszem bez wątpienia dorównywał Stanleyowi Kubrickowi i łatwo sobie wyobrazić kuszącą dla partyjnych oficjeli rosyjską odpowiedź na amerykańską „Odyseję Kosmiczną”. Reżyser mimo bycia na cenzurowanym otrzymał niezbędne fundusze i przystąpił do prac. Jednak nie w głowie mu były jakieś kosmiczne opery czy gwiezdne bitwy. Ba! Tarkowski nawet nie przykładał zbyt dużej uwagi do efektów specjalnych, skupiając się na filozofii, moralności, życiu i religii. Książka była dla Rosjanina jedynie punktem startowym w snuciu własnej wizji. Niemożność porozumienia się z obcym dla Tarkowskiego jest nic nieznacząca w obliczu moralnych dylematów, uczuć, przeżyć i wspomnień. Lem omawia problemy ludzkości w obliczu nieznanego, a Tarkowski uczucia naukowców badających planetę. Film bez wątpienia jest przepięknie nakręconym filmowym arcydziełem, jednak rozmija się z treścią powieści. A film miał wyglądać jeszcze inaczej (akcja miała dziać się w większości na Ziemi), jednak po interwencji Lema zaangażowanego w produkcję doszło do przepisania scenariusza. Kontakt z branżą filmową zniechęcił Lema do sprzedawania praw autorskich. Z powstawaniem filmu wiąże się jedna ciekawostka: aktorka grająca Harey (w filmie Hari) zakochała się reżyserze i po porzuceniu przez niego zaczęła miewać myśli samobójcze. Życie imituje sztukę…

  Nowe przygody Pana Samochodzika - recenzja

Drugie podejście do ekranizacji odbyło się w 2002 roku. Za kamerą stanął jeden z najoryginalniejszych amerykańskich reżyserów Steven Soderbergh, a w roli głównej obsadzony został szukający coraz ambitniejszych aktorskich wyznań bożyszcze kobiet George Clooney. Jakby tego było mało, producentem obrazu został James Cameron odpowiadający za jedne z najlepszych filmowych SF. Film ponownie nie spełnił oczekiwań mistrza Lema ani widzów. Lem narzekał na niezrozumienie materiału i trywializację problemów przedstawionych w jego książce na rzecz hollywoodzkiego love story z happy endem. Widzowie z kolei narzekali na niezwykle powolne tempo filmu, który w pewnym sensie jest teatrem telewizji z efektami specjalnymi. Niestety odrzuciło to sporą cześć widzów, którzy spodziewali się bardziej rozrywkowego SF w stylu Terminatora czy Obcego. Winę za to ponosi kampania promocyjna obiecująca zupełnie inny film.

Film podobnie jak poprzednik nie próbuje wiernie ekranizować Lema, a podąża własną drogą. Sodherberg z książki Lema wyłuskał dramat psychologiczny o związku dwojga ludzi. Z typowo hollywoodzkich zagrywek w filmie mamy dwa twisty fabularne, z czego jeden zaczerpnięty bezpośredni z Lema, a konkretnie z noweli Profesor Zazul. Film poległ w kinach. Nie pomogły nawet nagie pośladki Clooneya, o które swego czasu wybuchła afera.

Z obu dzieł, późniejsza wersja jest przystępniejsza. Filmowy erudyta Tarkowki utkał swoje dzieło z sieci niedopowiedzeń, nawiązań do religii, metafizyki, sztuki i filmowych cytatów, co powoduje, że jego dzieło jest niezwykle trudne w odbiorze.

Idealna adaptacja powieści jak na razie nie istnieje i biorąc pod uwagę wynik finansowy ostatniej ekranizacji, nie spodziewajmy się kolejnej zbyt szybko. Dla Lemowych purystów pozostaje jedynie namiastka ekranizacji (albo jak powiedziałby Mistrz OH z Dzienników Gwiazdowych – proteza filmowa) w postaci audiobooka z serii superprodukcja. Audiobooki te różnią się od tradycyjnych brakiem lektora czytającego na głos całą książkę. Zamiast tego każda z postaci w książce grana jest przez innego aktora głosowego, a całość wzbogacana jest o muzykę i efekty dźwiękowe. W Solaris grają Robert Więckiewicz, Magdalena Cielecka i Adam Woronowicz. Aktorzy sprawdzają się bardzo dobrze w swoich rolach, jednak cały show kradnie Cielecka w roli Harey. Rzecz godna polecenia.

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Twitter
  • Wykop

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*