W 2000 roku, po kilku latach nieudanych ekranizacji komiksów, takich jak Steel czy Spawn, widzowie w końcu otrzymali coś naprawdę solidnego – Spider-Man w reżyserii Sama Raimiego. Produkcja okazała się znakomitą rozrywką nie tylko dla fanów komiksów, ale także dla szerszej publiczności. Dwa lata później pojawił się Spider-Man 2, który do dziś – obok The Dark Knight – uchodzi za jedną z najlepszych adaptacji komiksowych w historii kina. Było w nim wszystko: emocje, świetnie napisane postacie, widowiskowa akcja i naturalny humor. Niestety, Spider-Man 3 nie spełnił pokładanych w nim nadziei. Nadmiar wątków, zbyt wielu przeciwników oraz nietrafione decyzje castingowe – szczególnie wybór Topher Grace do roli Venoma – sprawiły, że film został uznany za zmarnowaną szansę. W efekcie studio zdecydowało się na restart serii, czego rezultatem był The Amazing Spider-Man. Produkcja ta jednak nie wniosła nic świeżego i była jedynie powtórką z rozrywki. Jeszcze gorzej wypadła kontynuacja, The Amazing Spider-Man 2, która pogłębiła problemy marki.
Wejście do MCU
Przełom nastąpił dopiero wtedy, gdy Sony nawiązało współpracę z Marvel Studios. Dzięki temu Spider-Man trafił do Marvel Cinematic Universe i zadebiutował w Captain America: Civil War. Debiut był krótki, ale nad wyraz udany. Bitwa na lotnisku z Wojny Bohaterów jest jedną z najbardziej pamiętnych scen MCU. Z filmu niewiele dowiadujemy się o Peterze, ale informacje, które otrzymujemy, pokazują, że Marvel postanowił sporo zmienić. Peter jest o wiele młodszy, podobnie jak jego ciotka, która nie jest już siwą staruszką, lecz atrakcyjną kobietą w średnim wieku. Peter otrzymuje swój kostium od Tony’ego Starka. I co najważniejsze nie musimy słuchać po raz kolejny, że wielka moc to wielka odpowiedzialność, ani oglądać kolejnego ugryzienia przez pająka. Większość tego, co widzieliśmy do tej pory, poszło do kosza, celem odświeżenia skostniałej formuły. Niestety jest to broń obosieczna.

Spider-Man: Homecoming – fabuła
Peter, grany przez Toma Hollanda, marzy o tym, by udowodnić swoją wartość Tony’emu Starkowi i dołączyć do Avengers. Wbrew zaleceniom mentora zaczyna działać na własną rękę, co prowadzi go do konfrontacji z Adrianem Toomesem, czyli Sępem, w którego wciela się Michael Keaton. To postać o całkiem ciekawym tle – były przedsiębiorca, który w wyniku wydarzeń z The Avengers stracił źródło dochodu i zmuszony został do wejścia na drogę przestępstwa.

Szkolna komedia
Film od początku próbuje wyróżnić się na tle poprzednich odsłon, stawiając na konwencję młodzieżowej komedii w duchu twórczości Johna Hughesa. To podejście początkowo wydaje się świeże, jednak szybko wychodzą na jaw jego ograniczenia. Największym problemem okazują się bohaterowie drugoplanowi, którzy zamiast budować wiarygodne tło dla głównego bohatera, pozostają jednowymiarowymi stereotypami. Szkolni znajomi Petera są pozbawieni głębi, a ich obecność rzadko wnosi coś istotnego do fabuły. Pewien potencjał widać w postaci Michelle, granej przez Zendayę, jednak jej wątek nie zostaje odpowiednio rozwinięty.
Suchary
Film ucieka jak najdalej od poprzednich odsłon, jednocześnie popadając w rutynę scenariuszową znaną z innych filmów MCU. Dramatyczna sytuacja – żarcik dla rozładowania napięcia, dramatyczna sytuacja – żarcik dla rozładowania napięcia… To jeszcze nie byłoby takie złe, gdyby nie to, że te żarty się robią powtarzalne. Na początki filmu Tony Stark mówi młodemu Parkerowi, żeby w razie konieczności kontaktował się z Happy Hoganem (ochroniarzem/szoferem Tony’ego). Żart ma polegać na tym, że Peter dzwoni do Happy’ego dowiedzieć się czy Avengers nie mają dla niego jakiegoś zadania, na co Happy reaguje irytacją i próbą jak najszybszego rozłączenia się. Średnio śmieszne. Jednak autorzy uznali że żart ten jest taki fajny iż został powtórzony pięć razy w ciągu całego dwugodzinnego filmu(!). I za każdym razem był coraz mniej zabawny. Podobnie jest z najlepszym przyjacielem Petera, który ciągle go próbuje wciągnąć w dyskusje na temat mocy Spider-Mana. Kilka razy można się uśmiechnąć, ale nie jest aż takie zabawne jak w innych filmach MCU.

Wątek Peter-Tony, czyli relacja ojcowsko-synowska jest poprowadzony poprawnie. Z zapatrzonego w Avengers nastolatka, bohater wewnętrznie dojrzewa do roli działającego na własną rękę przyjacielskiego Spider-Mana. Jednak droga, jaką przechodzi w tym celu, jest napisana na poziomie młodzieżowego serialu. Po prostu kilkukrotnie ogrywany jest ten sam schemat, w którym Peter się do czegoś zobowiązuje i nagle nieoczekiwanie pojawia się zadanie dla Człowieka Pająka. Dokładnie to samo widzieliśmy w prawie każdym poprzednim Spider-Manie, z tym że tam chodziło o randkę lub wizytę w teatrze, a tutaj o szkolną dyskotekę, lub konkurs wiedzowy.
Efekty
Również pod względem widowiskowości film pozostawia pewien niedosyt. Choć efekty specjalne stoją na wysokim poziomie, brakuje scen, które na stałe zapisałyby się w pamięci widzów. W porównaniu z ikonicznymi momentami z wcześniejszych części, akcja w Homecoming wydaje się mniej spektakularna, a finałowa konfrontacja nie robi tak dużego wrażenia, jak można by oczekiwać.

Na szczęście film ratuje bardzo dobra obsada. Tom Holland doskonale odnajduje się w roli młodego Petera Parkera, wnosząc do niej energię i autentyczność. Marisa Tomei jako ciotka May wypada świeżo i naturalnie, a Robert Downey Jr., choć gra postać dobrze znaną, nadal przyciąga uwagę swoją charyzmą. Na szczególne wyróżnienie zasługuje jednak Michael Keaton, który mimo ograniczeń scenariusza tworzy jednego z ciekawszych antagonistów w MCU.
Spider-Man: Homecoming to udany, choć nierówny reboot. Film skutecznie odświeża postać i wprowadza ją do świata Marvela, ale jednocześnie nie wykorzystuje w pełni swojego potencjału. To produkcja, która dobrze się ogląda, lecz trudno uznać ją za coś więcej niż solidne kino superbohaterskie.



