Doom 2005 – adaptacje gier komputerowych

doom

W 1993 na ekranach monitorów pojawiła się strzelanka DOOM. Tytuł szturmem zdobył komputery osobiste, stając się synonimem zarówno rozrywki komputerowej, jak i brutalności płynącej z gier. W 1995, po gigantycznym sukcesie części drugiej, studio Universal podpisało umowę na adaptację filmową. Niestety prace nad nią utknęły w piekle deweloperskim. Prawa do marki odkupiła od nich wytwórnia Columbia, która planowała w krótkim czasie wydać oczekiwany przez graczy film. Niestety w 1999 wydarzyła się tragiczna strzelanina w szkole w Columbine, którą media próbowały połączyć z przemocą w grach komputerowych. Wiadomości szczególne wałkowały temat Dooma, gdyż jeden z zabójców był wielkim fanem tej gry i twórcą kilku map. Większość rozsądnie myślących ludzi oczywiście pukała się w czoło, jednak wytwórnia nie chciała ryzykować, inwestując pieniądze w potencjalnie toksyczny dla nich tytuł.

ID Software niezrażone pracowało nad trzecią częścią gry, która ukazała się w 2003. Jednocześnie wygasła umowa na prawa autorskie i Universal straciło prawa do gry. Projekt przejęło Warner Bros. Prace nad scenariuszem trwały dwa lata. Wreszcie w 2005 film ujrzał światło dzienne. Budżet wynosił $60 milionów, a za kamerą stanął nasz rodak Andrzej Bartkowiak, który już od wczesnych lat 70 pracował w Hollywood jako operator, jednak od 2000 roku udzielał się też jako reżyser. Do czasu Dooma, Bartkowiak wyreżyserował trzy filmy akcji. Cechował je słaby scenariusz i solidne sceny akcji. Można powiedzieć, że zapowiadało się idealne połączenie — reżyser prostych, ale bardzo efektownych akcyjniaków dostał do ręki niezwykle prosty materiał źródłowy. Marines kontra potwory z piekła.

Akcja Doom dzieje się w roku 2046. Na pustyni Nevada, odkryto portal, który prowadzi do starożytnego miasta na Marsie. Dzięki portalowi ludzkość kolonizuje i prowadzi badania nad czerwoną planetą. Po otrzymaniu wezwania o pomoc grupa marines wyrusza na misję ratowniczą. Po przybyciu na miejsce okazuje się, że większość naukowców nie żyje, a ośrodek opanowany jest przez agresywne potwory. Wkrótce okazuje się, że potwory są stworzone przez samych naukowców, którzy prowadzili badania nad odnalezionym na Marsie DNA.

Jak widać, film nie naśladuje fabuły gry, porzucając całkowicie koncept piekła i demonów na rzecz mutantów. Mogło to być coś dobrego lub złego, jednak szybki rzut oka na ocenę na Rotten Tomotoes rozwiewa wszelkie wątpliwości. 19% jest niestety oceną zasłużoną. Aktorstwo jest kiepskie, reżyser nie potrafi odpowiednio budować napięcia, a dialogi momentami ocierają się o pastisz. Jedyne pozytywne aspekty filmu to niektóre sceny akcji.
Pierwsze, na co zwracamy uwagę, to jak mocno Doom kradnie pomysły z innych filmów. Nasi kosmiczni marines to oczywista zrzynka z Obcy 2. Tajemniczy portal to oczywiście Gwiezdne wrota. Niestety porównania te wypadają na niekorzyść Dooma. Następną rzeczą, na którą zwrócimy uwagę to czas, w jaki film się rozkręca. Mamy uzbrojonych po zęby marines w ośrodku badawczym opanowanym przez zombie. Czego oczekiwać więcej, oprócz solidnej jatki? No cóż, Bartkowiak uznał, że scenariusz potrzebuje innych wątków, które prowadzą do nikąd. Jeden z komandosów ma siostrę na stacji. Ich rodzice byli jednymi z pierwszych badaczy Marsa i zginęli, osieracając ich. Wydawać by się mogło, że będzie to miało później jakieś znaczenie, ale nie.

  Mortal Kombat: Annihilation - Adaptacje gier wideo

Kolejny s spranym po całości elementem jest aktorstwo. Karl Urban w głównej roli jest drewniany (jak w większości swoich ról). Nawet nie można mu tego mieć za złe, bo to tak jakbyśmy winili psa za to, że macha ogonem. Niestety aktorzy, od których oczekiwalibyśmy więcej, też się nie sprawdzają. Na szczególne wyróżnieni zasługuje tu Rosamund Pike, czyli pamiętna Zagubiona Dziewczyna. Aktorka nominowana w przyszłości do Oskara daje tu popisowy przykład tego, jak nie grać w filmie. W scenach dramatycznych mówi spokojnym tonem, a podczas zwykłych ekspozycji niepotrzebnie się ekscytuje. Najdziwniej jednak patrzy się na Dwayne The Rock Johnsona. Dziś były wrestler znalazł sobie miejsce wśród najbardziej kasowych aktorów świata dzięki swojej czarującej osobowości, wspieranej szerokim uśmiechem, któremu dorównać może jedynie szerokość jego barków. Od wielu lat Rock gra te sama role – olbrzyma o gołębim sercu, z lekka nutką autoironii i wysoko podniesionymi brwiami. Tymczasem w Doom, The Rock gra w 100% poważnego dowódcę misji, który zachowuje się jak ostatni skór%^&*. Oprócz tego, że jest to postać strasznie niesympatyczna, gryzie się to z wypracowanym w naszych głowach wizerunkiem. No i na dodatek, Dwayne prawie cały film jedzie na jednej minie.

Kiedy wreszcie po niekończących się monologach dostajemy to, na co czekaliśmy, wychodzi to bardzo nierówno. Sceny akcji są kręcone w ciemnościach i czasami nie wiadomo co się dzieje. Nawet scena, w której The Rock w końcu zdobywa BFG, została zmarnowana. Najfajniejsza spluwa z gry zostaje tu użyta zaledwie dwa razy! Sceny są też dziwnie poszatkowane. Komandosi idą ciemnym korytarzem, w tle słychać agresywną rockową muzykę a z oddali dochodzą jakieś dźwięki. Po chwili okazuje się, że to nic takiego i komandosi wracają.

W filmie jest też kilka fajnych scen, z czego naprawdę wyróżnia się jedna. Chodzi oczywiście o słynną 5-minutową sekwencję z jednego ujęcia, w której kamera przechodzi w tryb pierwszej osoby i niczym w grze oglądamy rzeźnię potworów. Całość zajęła ekipie trzy miesiące planowania i dwa tygodnie kręcenia. Kombinacja CGI z praktycznymi efektami nawet dziś wygląda świetnie. Niestety nawet ją twórcy musieli spaprać poprzednią absurdalną sceną, w której siostra głównego bohatera wstrzykuje mu substancję, która pozmieniała wszystkich w potwory, mówiąc mu, że jeśli ktoś ma dobre serce to nic mu nie będzie(?).

  Assassin's Creed: Unity - recenzja

Jedyne co trzeba twórcom przyznać to udane naśladowanie pewnych elementów gry. Jest portal, jest Mars, są potwory, komandosi i trochę strzelania w ciemnych korytarzach. Niestety, aby te sceny działały, muszą one mieć sens w kontekście całej fabuły, a tego tu brak, przez co ciężko się w wydarzenia zaangażować. Nie pomagają też aktorzy, którzy mają ten film w miejscu, gdzie słońce nie dochodzi. Film poległ w kinach i został jedna z większych bomb 2005. Producenci szybko porzucili plany kręcenia kontynuacji. Bartkowiak odczekał cztery lata i nakręcił kolejną adaptację gry, która jest tak zła, że Doom zaczyna przy niej wyglądać jak dzieło Kubricka.

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Twitter
  • Wykop

4 Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*