Final Fantasy XV – recenzja

final fantasy 15

Seria Final Fantasy ma już 31 lat i jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych marek w historii gier. Pierwszym tytułem, który stał się światowym hitem, było Final Fantasy 7. Dzięki FF 7 większość zachodnich graczy odkryła nieznany im wcześniej gatunek JRPG. Na fali sukcesu Square wydawało kolejne odsłony, eksperymentując z formą gry. Jedną z najbardziej widocznych zmian było porzucenie typowo mangowych postaci na rzecz bardziej realistycznych ludzkich. Seria nadal dobrze sobie radziła, jednak magia stopniowo gdzieś zanikła. FF X miała irytujące postacie, XI była nieudaną próbą stworzenia gry online, FF XII miała bardzo skomplikowany system, jednak dopiero FFXIII pokazało, w jakie głębokie bagno zabrnęła seria. Absurdalna historia, irytujące postacie i jeden długi korytarz do przejścia zamiast otwartego świata. Mimo wad gra odniosła spory sukces, dzięki czemu doczekała się dwóch bezpośrednich kontynuacji. FF XIV to kolejny MMORPG, który okazał się tak popsuty, że firma musiała wystosować oficjalne przeprosiny i napisać grę od nowa. Po pięcioletniej przerwie Square (obecnie Square Enix) powróciło z kolejną odsłoną — Final Fantasy XV. Jej hasłem przewodnim jest Final Fantasy dla fanów i dla rozpoczynających przygodę z serią”. Niestety stwierdzenie to jest prawdziwe tylko po części.

Głównym bohaterem gry jest Noctis — książę i następca tronu królestwa Lucis. Poznajemy go, gdy wyrusza na własny ślub, wraz z trójką towarzyszy: Ignisem, królewski doradcą; Gladiolusem, ochroniarzem i Prompto, najlepszym przyjacielem. Małżeństwo jest polityczne i ma na celu zjednoczenie dwóch królestw, aczkolwiek przyszła żona jest przyjaciółką Noctisa z dzieciństwa. Niestety, krótko po rozpoczęciu wyprawy okazuje się, że królestwo Noctisa zostało najechane, a jego bliscy nie żyją. Najeźdźcy przejęli też kryształ — źródło potęgi królestwa. Notis jest zmuszony zawrócić, aby walczyć o odzyskanie tronu i przywrócenie równowagi światowej. Aby tego dokonać, musi zdobyć legendarne bronie swoich przodków, pozwalające zdobyć niewyobrażalną moc.

FF XV kontynuuje zapoczątkowany w FF VIII trend urealistycznienia. Świat jest bardzo zbliżony do naszego, bohaterowie używają telefonów komórkowych, ubierają się jak gwiazdy J-popu, jeżdżą normalnym autem po autostradach wyglądających jak typowe amerykańskie drogi, śpią w tanich motelach, jedzą w przydrożnych barach i muszą tankować auto na stacjach benzynowych. Wszystko wygląda jak nasza rzeczywistość, jednak stylistycznie przypomina Amerykę lat 50 XX wieku. Do tego tygla zostaje wrzucona także stylistyka zaczerpnięta z filmów fantasy (olbrzymie istoty zamieszkujące krainy) i typowe dla serii klimaty typu magia i miecz. Mimo takiego miszmaszu kulturowego świat sprawia wrażenie prawdziwego. Wrażenie potęguje otwartość świata, po którym możemy się niekrępowanie przemieszczać i oddawać zajęciom innym niż standardowe tłuczenie na kwaśne jabłko różnorakich bestii. Możemy urządzić sobie kemping w lesie, pojechać nad morze, pozwiedzać parki i fantazyjnie wyglądające miasta i oddać się ukrytym w nich atrakcjom. Wszystko to sprawia, że nasz podróż wygląda dokładnie tak jak prawdziwa podróż. Jednak tutaj pojawia się pierwszy zgrzyt. Realizm posuwa się do tego stopnia, że jeśli skończy nam się paliwo w aucie, będziemy musieli je mozolnie pchać do najbliższej stacji benzynowej. Tyle że dziwnie się pcha ze sporym wysiłkiem auto, myśląc o tym, jak przed chwilą, bez żadnego wysiłku rozpłatało się potwora wielkości bloku mieszkalnego. Tego typu zawieszenie niewiary, było nieodłączną częścią każdej z odsłon Final Fantasy, jednak tutaj jest to wyjątkowo skontrastowane z uderzającym w nas z każdej strony realizmem.

  Snake's Revenge z 1990 | Retrospektywa Metal Gear

Największą zmianą jest porzucenie turowego systemu walki. FF XV to typowy RPG akcji zbliżony mechaniką do Wiedźmina czy Monster Hunter. Co wyróżnia FF to towarzystwo naszych partnerów, którzy bezustannie atakują przeciwnika. Można to wykorzystać do przeprowadzania skoordynowanych ataków grupowych. Dla jednych odejście od bardziej strategicznego systemu będzie zaletą dla innych wadą. Szkoda, że nie pomyślano tu o graczach lubiących klasyczne gry z serii i nie zaimplementowano opcjonalnego systemu walk turowych. Sam system jest bardzo dobry, jednak wielu graczu nie lubi system walki opartego o timing a wciśnięcie klawisza w odpowiednim momencie gra kluczową rolę podczas wielu potyczek. Za to przy prostych walkach nie trzeba się w ogóle wysilać — wystarczy trzymać kolko na padzie, a Notis będzie bezustannie atakował najbliżej stojącego wroga. Podczas walki mamy też możliwość teleportacji na jakiś wysoko położony punkt, dzięki czemu możemy przeprowadzić atak na wroga z góry. Jest to opcja preferowana przez grę (ataki takie zadają dużo obrażeń), jednak punktów takich brakuje na polach bitwy. Jakby tego było mało, oprócz przeciwników musimy zmagać się z kamerą, która w zamkniętych pomieszczeniach utrudnia nam walkę jak może. Oprócz broni białej do dyspozycji mamy zaklęcia, jednak używanie ich jest ograniczone poprzez obowiązkowe przerwy w jej rzucaniu, jak i konieczność wysysania jej ze specjalnych punktów. Oczywiście najlepsze i najpotężniejsze są jak zwykle Summony, niestety otrzymujemy je dosyć późno w grze, a ich przyzywanie jest skomplikowane i zależy od wielu czynników. Jest też ich mało, gdy tylko cztery.

Główny wątek jest dosyć ubogi, gdyż ma zaledwie 14 rozdziałów, jednak możemy (a nawet musimy) także angażować się w questy poboczne, których jest naprawdę dużo. Misje poboczne zajmują łącznie więcej czasu niż watek główny. Dodatkowo mamy innego rodzaju atrakcje: granie na fliperach, łowienie ryb, odkrywanie nowych przepisów kulinarnych i zbieranie na nie składników, wyścigi chockobo, robienie zdjęć czy pomoc naszym poddanym. Atrakcji nie brakuje i chociaż nie jest to GTA5, miłośnicy powolnego delektowania się grami będą zadowoleni. Jakby tego było mało, kiedy ukończymy grę po raz pierwszy, dostajemy jeszcze więcej dodatkowych przedmiotów i misji. Tutaj autorzy naprawdę się przyłożyli. Jedyną wadą przechodzenia gry po raz kolejny jest zachowane doświadczenie, które powoduje, że większość przeciwników nie stanowi zagrożenia. Sporym problemem jest też system zapisy, które podczas wykonywania niektórych misji nie działają. W praktyce, czasami nie opłaca się nabijać levelu poprzez walki w podziemiach, gdyż jesli coś pójdzie nie tak, tracimy cały postęp.

Naszymi towarzyszami są: Gladiolus – stereotypowy mięśniak, Ignis – stereotypowy intelektualista, i Prompto – stereotypowy comic relief. Niestety są oni największą wadą FF15. Owszem, każdy z nich ma swoje cechy charakteru, jednak żaden z nich nie wybija się ponad schemat, w który został wpisany. Postacie rzucają czasami jakieś zabawne teksty, czasami ponarzekają na coś, poplotkują o dziewczynach albo zaproponują zrobienie czegoś, jednak nigdy nie zostają tak wyrazistymi postaciami, jak postacie drugoplanowe z innych odsłon. Każda z nich ma swoje pięć minut podczas konkretnych misji fabularnych, ale te wydarzenia, chociaż wydają się istotne w danym momencie, mają niewielki wpływ na całą fabułę. Niektórym graczom ten bromance zapewne przypadnie do gustu, jednak żadna z postaci FF XV nie wbije się w pamięć tak jak generał Leo czy Aeris. Warto też wspomnieć o wrogach. Seria FF może poszczycić się naprawdę pamiętnymi przeciwnikami. Sephiroth albo Kefka to naprawdę ciekawi oponenci. Niestety wrogowie z FF XV są nudni i zapominamy o nich krótko po wyłączeniu konsoli.

  Assassin's Creed 2 DLC - Bitwa o Forli i Ogniska Próżności

Fabuła, będąca zazwyczaj mocną stroną serii, jest drugą wielką wadą FF XV. Opowiedziana jest bardzo niezdanie i usiana sporymi dziurami fabularnymi. Brak w niej odpowiednio tempa a dialogi bywają koszmarne. Na dodatek, z jakiegoś powodu niektóre kluczowe wydarzenia dzieją się poza ekranem. Square planowało sukcesywnie poszerzać ten świat, czego dowodem jest niepotrzebny filmowy prequel o nazwie Final Fantasy XV: Gwardia Królewska (Kingsglaive: Final Fantasy XV), jednak scenarzyści chyba pogubili się w ogromie materiału. Nasze postacie większość czasu spędzają na pogaduszkach i przekomarzaniu się, jednak kiedy za każdym razem przy wysiadaniu z auta słyszymy THIS WILL BE A NICE CHANGE OF PACE zaczyna to irytować. Jak bardzo dialogi są niedopracowane, niech świadczy fakt, że zaraz po dramatycznym upadku królestwa głównego bohatera postacie jadą sobie autem i dowcipkują jak zawsze. Czy to nie powinien być ten etap, w którym bohater miota się różnymi uczuciami takimi jak zaprzeczenie czy gniew? Nie, od razu przechodzimy do akceptacji, po co tracić czas na głupoty. A to nie jest jedyny raz, kiedy zachowanie postaci nie współgra z oglądanymi wydarzeniami. Całą grę można podzielić na dwa główne etapy. Pierwszy jest otwartym światem, a drugi linearną przygodą. Druga część staje się także bardzo mroczna, całkowicie zmieniając dotychczasowy charakter gry. Pojawiają się też naprawdę dziwne zwroty akcji. Na szczęście końcówka gry wszystko nam wynagradza. Warto też wspomnieć, że dzięki magicznemu psu (nie wierzę, że musiałem to napisać) możemy powrócić do otwartego świata, aby dokończyć misje i nabić sobie XP.

Podobnie jak w większości produkcji Square, grafika jest piękna. Niestety podczas jazdy autem lub w niektórych miastach FPS-y okazjonalnie spadają. Problem nie dotyczy wersji PC, na której framerate utrzymuje się na takim samym poziomie. Na PC i Playstation Pro możemy także zagrać w wersję 4K (na konsoli jest to rociągnięte 1080p). Niestety mimo poprawy grafiki, na konsoli FPS-y są zablokowane do 30. To czyni wersję PC najatrakcyjniejszą, pod względem grafiki, gdyż możemy grać na dowolnej rozdzielczości bez żadnych ograniczeń.

Na wysokim poziomie stoi też muzyka. Miłym smaczkiem dla fanów serii jest możliwość posłuchania aranżacji klasycznych utworów z różnych części podczas jazdy samochodem.
Fina Fantasy XV ma sporo wad — irytującą kamerę, brak punktów zapisu, magiczny system, nie do końca udaną fabułę. Jednak parafrazując film Miś rozchodzi się jednak o to, aby te wady nie przesłoniły wam zalet. A tych też jest sporo. Piękna grafika i muzyka, dużo zabawy i eksploracji. Jednak najważniejszą zaletą Final Fantasy XV jest to, że jest najlepszą osłoną od czasu dziesiątej części. Szkoda tylko, że wbrew obietnicom twórców nie jest to wymarzona część dla starych fanów serii.

 

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Twitter
  • Wykop

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*