Assassin’s Creed: Unity – recenzja

Assassin’s Creed — jakie jest, każdy widzi. Ciężko trafić na gracza, który nie zna serii gier ukazujących się od 2007. Jednak mimo jedenastu lat na karku, gry z serii cały czas wyglądają tak samo. Nasza postać biega i skacze po dachach lub walczy z żołnierzami danej epoki, międzyczasie wplątując się w jakąś historyczną intrygę. Cały diabeł tkwi w szczegółach: nowe bronie, ładniejsza grafika, dodane wątki ekonomiczne itp. Ubisoft zawsze trzymało serię w tej bezpiecznej zatoce, gdyż mimo powtarzalności zapewniało to kolejne sukcesy. Dopiero Assasin‚s Creed 4 i powiązany z nią Rouge pozwoliły (dosłownie) wypłynąć graczom na szerokie wody. Morskie bitwy, nurkowanie czy polowanie na orki tchnęły dużo świeżości w serię. Gracze zastanawiali się, co też nowego wymyślą tęgie głowy z Ubisoft, aby utrzymać poziom i jednocześnie zaoferować graczom coś nowego. Wszak Unity miało być pierwszą prawdziwą grą w serii przygotowaną wyłącznie na konsole next-gen (poprzednie części dostępne były także na słabsze konsole).

Fabuła Unity jest powiązana z poprzednią odsłoną – Assassin’s Creed: Rogue. Głównym bohaterem gry jest Arno Dorian, syn asasyna Charlesa Doriana, który zostaje zabity przez Shaya Patricka Cormaca, głównego protagonistę Rouge. Po zabiciu ojca Arno zostaje adoptowany przez Francoisa De La Serre, nieświadomy, że jego przybrany ojciec jest Wielkim Mistrzem Templariuszy. Kiedy Arno jest już dorosły, Francois również zostaje zamordowany, a o jego zabójstwo zostaje oskarżony sam Arno. Dorian trafia do Bastylii, gdzie poznaje członka bractwa asasynów. Kiedy udaje mu się uciec i dowiaduje się, że za śmiercią De La Serre stoją inni templariusze, postanawia przyłączyć się do asasynów i wytropić sprawców. Sprawy komplikują się, gdy Arno dowiaduje się, że jego przybrana siostra i zarazem jego miłość, jest członkiem templariuszy.

Jak zwykle w serii, główna postać znajduje się w samym środku burzliwych wydarzeń historycznych. Tym razem jest to rewolucja francuska. Poznajemy historyczne postacie takie jak Marquis de Sade, Napoleon Bonaparte, Maximilian de Robespierre czy François-Thomas Germain. Oczywiście gra nie jest lekcją historii i są w niej pewne przekłamania i uproszenia, jednak podobnie jak poprzednie odsłony przybliża nam w sporym stopniu realia historyczne tamtej epoki. Niestety o ile te są ciekawe, tak sama historia głównego protagonisty jest nudna. W teorii wszystko brzmi pięknie. Mamy głównego bohatera, który miał dwóch ojców, z których każdy należał do innej strony historycznego konfliktu asanów z templariuszami. Ma też ukochaną, która należy do przeciwnej frakcji. Ile stwarza to możliwość do pokazania dylematów moralnych. Jednak w praktyce, Arno przez całą grę po prostu robi swoje i nie za bardzo przejmuje się jakimiś wyborami moralnymi. Sama rewolucja francuska też została nieco zmarnowana. Niby cały czas, gdzie tam w tle słychać jej echa, jednak prawie do końca gry nie ma ona prawie żadnego znaczenia w głównym wątku. Główny bohater, Arno Dorian, jest kalką Ezio z drugiej części. Twórcy próbowali wprowadzić romans z templariuszką Elise, która jest nawet ciekawą postacią, jednak cały wątek ich romansu jest zmarnowany. Ciężko jest dbać o ich związek, kiedy nawet gra wydaje się nie być nim zainteresowana. Wszystko to powoduje, że nie angażujemy się zbyt mocno w wydarzenia ekranowe.

  Spiderman: Homecoming, recenzja filmu

W pierwszym akapicie wspomnieliśmy o zmianach wprowadzonych w części czwartej. Tam, gdzie dwa poprzednie odsłony radykalnie zboczyły z wyznaczonego kursu, aby przenieść serię na Morze Karaibskie, dodając wspinanie po drzewach i nurkowanie — Unity przenosi nas z powrotem do miejskich korzeni serii. Dzięki temu większość gry spędzamy, wspinając się po budynkach i biegając po dachach lub skradając się w tłumie. Ciężko stwierdzić czy to dobrze, czy źle, gdyż z jednej strony gra robi krok wstecz, ale z drugiej daje powrót do realiów znanych z wcześniejszych odsłon.

Gameplay przeszedł niewielkie zmiany. Ulepszono system wspinania się, niestety jak to bywa ze zmianami, skomplikowało to poruszanie się i czasami postać nie wykonuje tego, co byśmy chcieli. Przykładowo, postać nie wykona już samobójczego skoku z wieży, gdyż dodano umiejętność płynnego schodzenia, jednak czasami gra blokuje nam skok, który mógłby się udać. Dodano nowy system skradania się, w którym niczym Solid Snake możemy chodzić na paluszkach, przykleić się do murku, lub filaru, albo przeskakiwać z jednej osłony za drugą, poprzez nasuniecie przycisku. Niestety tutaj też coś nie do końca zagrało, gdyż czasami mimo bycia przyklejonym do osłony, przeciwnicy nas widzą. Sprowadza nas to największej wady gry, czyli AI (czytaj głupoty) strażników. Kiedy ukrywamy się przed gwardzistą, który nas dostrzegł, gra rysuje w powietrzu zarys naszej postaci w miejscu, w którym widział on nas po raz ostatni. Ma to pomóc nam wywabić strażnika z jego stanowiska. Jednak taki strażnik po dojściu do tego miejsca nie będzie próbował nawet eksplorować okolicy, tylko stanie jak słup soli czekając na egzekucję. Szczególnie przeszkadza to, gdy chcemy dokonać zabójstwa z ukrycia (konfesjonał, wóz z sianem). Strażnik nawet na krok nie ruszy się z miejsca i nie mamy możliwości dalszego zwabiania go np. gwizdnięciem. Jeszcze gorzej jest z alarmem. Jeśli wywołamy alarm i zlecą się do nas strażnicy, wystarczy wejść na dach. Jakikolwiek. Żaden ze strażników nie pofatyguje się za nami. W praktyce można schodzić do woli, aby zabić jednego czy dwóch z tłumu strażników i szybko wskoczyć na dach, aby po kilkunastu sekundach wszyscy wzruszyli ramionami i się rozeszli. Jest to jedno z najgorszych AI w serii. Tym bardziej że gra zmusza nas do kombinowania, gdyż prowadzenie walki z więcej niż trzema przeciwnikami, kończy się śmiercią. Jeśli właśnie wyprowadziliśmy atak na przeciwnika, a inny się na nas zamachnie, wciśniecie guzika bloku, nic nie da.

Grafika jest obłędna. Obietnice o next-genie nie były czcze. Oprócz niesamowitych modeli postaci gra posiada przepiękne budynki. Katedra w Notre Damę zapiera dech w piersiach swoją szczegółowością i sprawia, że budynki w poprzednich odsłonach wyglądają jak niezdarne makiety zrobione w Minecrafcie. W Unity ulice są bardzo zatłoczone, co na początku robi wrażenia, jednak po pewnym czasie irytuje. Każda, nawet mniejsza ulica jest zatłoczona niczym jarmark, co sprawia, że bieg przez miasto staje się frustrujący.
Gra jest niezwykle krwawa. Każde cięcie mieczem to rozbryzgi i plamy na pobliskich ścianach, które szybko zmieniają się w malowidło Jacksona Pollocka. W grze znajduje się też wiele brutalnych scen typu: egzekucje na gilotynie, obcinanie nogi piłą bez znieczulenia, tortury medyczne i oczywiście bardzo efektowne zabójstwa.

  South Park: Fractured but whole - recenzja

O ile w innych aspektach twórcy starali się o maksymalne uproszczenie i powrót do korzeni, tak system zdobywania doświadczenia jest niepotrzebnie skomplikowany. Mamy pieniądze, za które możemy kupić bronie i inne użyteczne przedmioty. Jednak oprócz tego mamy jeszcze Sync Points, Creed Points na bronie oraz przedmioty i wreszcie Hack Points. Skomplikowane? No cóż, jeśli nie wiadomo o co chodzi, chodzi o pieniądze a dokładnie o mikrotransakcje. Arno początkowo jest bezbronny i bez umiejętności. Nie mamy tu misji, w których nauczymy się nowych sztuczek, więc musimy je kupić. A jeśli nie chce nam się zarabiać pieniędzy w grze, możemy kupić Hack Point i zhakować sobie fajne przedmioty i kostiumy. Greed is good jak mawiał Gordon Gekko, prezes Ubisoft.
Jak zwykle mamy mnóstwo zadań pobocznych. Tradycyjny już w serii wątek ekonomiczny, w którym zbieramy pieniądze z naszych przybytków. Jeśli nie chcemy zbierać pieniędzy, możemy zbierać ścięte głowy (!), albo walczyć z alfonsami o tereny dla prostytutek. Mamy także porozrzucane po mieście zagadki Nostradamusa (odpowiednik glyphów z dwójki) oraz rozwiązać tajemnice sławnych morderstw zostając Asasynem-Holmesem. Inne sposoby na wzbogacenie się to rabowanie skrzyń, które tym razem musimy otwierać wytrychem w formie mini gierki. Wreszcie, jeśli znudzimy się samotnymi misjami, możemy zagrać w misje coop, dostępne z poziomu naszej singlowej mapy. Tak czy inaczej, w Paryżu nie mamy co narzekać na niedomiar rozrywki. Nawet misje pojedyncze zostały wzbogacone. Oprócz standardowego dostań się do obiektu X, zabij Y i ucieknij, bez wszczynani alarmu, twórcy wprowadzili rozbudowane podejście do misji. Mamy postawione zadania, a jak je wykonamy, zależy od nas. Do katedry możemy dostać się tajnym przejściem przez kanały ściekowe. Możemy też namierzyć osobę z kluczem i go ukraść. Jednak, zamiast iść od razu do środka, możemy przygotować sobie grunt pod ucieczkę, spełniając dodatkowe warunki. Przykładowo w jednej z misji zatykamy kominy, dzięki czemu pod jej koniec obszar misji pokryty jest dymem, w którym możemy bezkarnie zabijać strażników. Wreszcie warto wspomnieć, że w grze zminimalizowano obecność misji dziejących się poza animusem (zwanym tutaj Helixem). No cóż, gracze i tak ich nie lubili.

Warto jeszcze wspomnieć, że gra dniu wydania borykała się z olbrzymimi problemami. Glicze i bugi były wszechobecne. Ubisoft musiało wystosować przeprosiny i zaoferować zadośćuczynienie dla graczy. Na chwilę obecną patche załatały większość tych problemów i ciężko znaleźć jakieś większe babole, jednak w wielu miejscach ilość klatek na sekundę zauważalnie spada, bez wyraźnego powodu. (dotyczy to wersji Playstation 4)
Assassin‚s Creed Unity to nieco zmarnowana szansa na kolejną po Black Flag rewolucyjną odsłonę cyklu. Grafika jest piękna, jednak historia i główny bohater to czysta nuda powodująca, że ignorujemy wydarzenia na ekranie, koncentrując się na jak najszybszym przejściu gry. Unity jest udanym powrotem do korzeni, jednak kiepską kontynuacją. Zabrakło bardziej wciągającej historii i lepszego IQ przeciwników. Historia głównego bohatera stojącego w rozkroku między dwoma frakcjami, nie jest zła, ale mogła być ciekawiej poprowadzona.

 

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Twitter
  • Wykop

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*